Nie minął rok od wydania „Czarnej Kolonii”, a Wydawnictwo Drageus wypuściło na rynek kolejny tom przygód Czerwonej Kompanii. Nie mam pojęcia, czy jest jakiś wzór matematyczny na objętość sequeli, ale już na pierwszy rzut oka widać, że „Wilk” spełnia wymóg „przerośnięcia poprzednika”. Przy takim tempie wzrostu finalny tom będzie sprzedawany w pokrowcu, z uchwytem transportowym.

Jednak książki nie winno się oceniać po objętości ani gabarycie, dlatego przejdźmy do fabuły i struktury utworu. „Wilk” zaczyna się iście hitchcockowsko. Mamy walki w fawelach, ciągły ruch, akcję zwalniającą wyłącznie po to, by wyjaśnić pewne kluczowe zdarzenia, dać czytelnikowi złapać oddech, nie pozwolić mu wyrobić sobie tolerancji na dynamikę scen batalistycznych. Jak w poprzednim tomie, autor pisze, jakby chciał z książki zrobić podstawę do komiksu lub filmu, opisując część scen tak, jakbyśmy mieli przedstawić je rysownikowi lub reżyserowi.

Są także różnice. Autor przestaje skupiać się na opisie sprzętu aż tak, jak to robił w poprzednim tomie. Bardziej liczy się klimat oraz tempo akcji. Chociaż dostajemy i opisy funkcjonowania jednostki aeroorbitalnej czy innych, których wcześniej nie znaliśmy, nie mamy do czynienia już z taką ich ilością jak w „Czarnej kolonii”. Doświadczamy też większego rozłożenia akcji na punkty widzenia ocalałych z wojny na Marsie. Szczególnie Kery Puławskiej, której wiedzy pragną władze korporacji Stratus i Van Graff, oraz tajemniczy Wilk. Autor włożył wiele wysiłku w stworzenie wiarygodnych, wielowymiarowych postaci drugoplanowych, co jednak sprawia, iż Kera wygląda bardziej na zakamuflowaną bohaterkę kina akcji na tle postaci rodem z „House of Cards”.

Książka doskonale wpisuje się w typ „military SF” o silnej heroinie, tajnych projektach, wielkiej polityce z elementami transhumanizmu, ksenoarcheologii, bitwami kosmicznymi oraz planetarnymi. Rzuca nam się w oczy także mnogość krajobrazów ziemskich, takich jak Antarktyda, cyberpunkowe Seatle, czy południowo-amerykańskie dżungle.

Jedyne co można zarzucić samej książce, to małe wpadki wynikłe zapewne z braku betowania, oraz fakt, iż rozbudowanie pozostałych postaci sprawia, że Kera staje się bardziej maszyną do zabijania i mechanicznym katalizatorem zdarzeń, niż kowalem swego losu z głęboką motywacją.

 

Kamil Muzyka

Moja ocena: 7,5/10

 

[dla tego wpisu włączone są komentarze]