Ktoś, kto decydował o porządku wydań kingowskiej kolekcji, nie bawił się w subtelności. Chwycił metaforycznego byka za metaforyczne rogi, dzięki czemu, przed zaledwie paru dniami, dostaliśmy do ręki TEN tom pierwszy „KOLEKCJI MISTRZA GROZY”.

Mistrza? Tak, ale mistrza sztuki pisarskiej, nie sztuki pisania horrorów. Powszechna opinia krytyczna uznaje „Misery” za największe artystycznoliterackie osiągnięcie Kinga, któremu dorównać może tylko „Worek kości”. Grozy? Czyżby? Literackiej grozy w „Misery” przecież nie uświadczysz, jest tylko ta potoczna, hasłowa: „groza, na co los skazał tego biednego człowieka!”.

Stephena Kinga, który tak ciężko pracował na status pop-ikony nadnaturalnego pop-horroru, poznajemy z wyrafinowanego literacko psychologicznego thrillera. Autora, słynnego z produkcji opasłych tomiszczów, często oskarżanego o wodosłowie, poznajemy z przeciętnej długości powieści, w której przypadkowa nie jest żadna fraza, żaden obraz i niemal żadne słowo. A i tak reguły uprawianej w „Misery” gry z wielkim kunsztem ukryte zostają… między słowami.

Słowa mówią nam, że wyrobnik pióra Paul Sheldon wyrobił sobie piórem status wątpliwej jakości pisarza-celebryty, płodząc taśmowo romansidła zwane dziś „harlekinami”. Miliony pokochały ich cierpiącą miłosne męki bohaterkę o prześlicznie znaczącym imieniu Misery Chastain czyli, mniej więcej, Nieszczęsna Cnota (z „chaste” pobrzmiewającym arystokratyczną francuszczyzną). Paul Sheldon ją znienawidził i gdy tylko nadarzyła się okazja, bezlitośnie ukatrupił, by móc wreszcie, z wielką rozkoszą, napisać ociekającą gwałtem, brutalnie szczerą powieść z życia współczesnej tak zwanej „trudnej młodzieży”. A potem, w drodze do agenta, z jedynym egzemplarzem maszynopisu wymarzonego arcydzieła bezpiecznym w teczce na siedzeniu pasażera, skraksował – zapewne nieprzypadkowo – obok domu niejakiej Annie Wilkes, psychopatycznej wielbicielki przygód nieszczęsnej Misery. Swej „fanki numer jeden”. I tam, unieruchomiony, kaleki, cierpiący, otoczony wątpliwej jakości obsługą medyczną, uzależniony od opiekunki i jej środków przeciwbólowych, zmuszony został torturami – nie tylko psychicznymi – do zrobienia tego, czego najbardziej w świecie nie chciał zrobić: ocalenia życia Misery, by ocalić własne. Ale przecież i on, i my, czytelnicy, szybko orientujemy się, że to tylko przedłużanie agonii. Że Paul kupuje sobie wyłącznie przepełnione mękami tygodnie powolnego konania. Że umiera na raty – jako pisarz i jako człowiek. Że Annie Wilkes żywego go nie wypuści.

Tyle słowa. A co ukryte jest między słowami? Z całą pewnością więcej, niż głosi vox populi: oto King napisał powieść z autobiograficznym kluczem, w której opowiada o nieszczęsnym losie byle pisarzyny z ambicjami. W 1987 roku, kiedy ukazała się „Misery”,  za „byle pisarzynę” nie uważał Kinga już nikt, a ambicje zostały zaspokojone z naddatkiem. Rozwiązanie zagadki tożsamości Richarda Bachmana ujawniło mroczną, na swój sposób realistyczną, kipiącą gniewem i w pełni artystycznoliteracką naturę jego talentu. Za nim był już tom pierwszy „Mrocznej Wieży”, tak różnej od wszystkiego, co ją poprzedzało.

Nie. Problemem Stephena Kinga było ujawnienie przez rodzinę, że wie o jego uzależnieniu od alkoholu i narkotyków. I postawienie mu ultimatum: albo się leczy, albo wychodzi z domu, by nigdy do domu nie wrócić.

Tylko w jednym 1987 roku ukazały się, obok „Misery”, jeszcze trzy powieści Kinga: nieprawdopodobne cztery tytuły w dwanaście miesięcy! Wbrew pozorom one wszystkie: „Oczy smoka”, „Mroczna Wieża II”, „Stukostrachy”, są do siebie podobne. Ich motywem przewodnim jest walka z nałogiem: więzienną kratą,  oddzielającą skazanego na dożywocie od trudnej wolności. „Misery” zaś to do bólu realistyczny, ale i perfekcyjnie metaforyczny opis objawów odstawienia.

Uzależnienie Paula Sheldona zaczyna się niewinnie: od powieści, które najpierw chce pisać, a potem już musi pisać, choćby bardzo nie chciał. Kolejnym stadium jest uzależnienie od „fandomu”, kochanego za hołdy i niezbędnego, bo wykłada kasę, pogardzanego za to, czemu hołduje i na co wykłada. Ostatnim – pisarska wegetacja do pisarskiej śmierci. Paul Sheldon próbuje wyjść z uzależnienia jedynym skutecznym sposobem: pisze „inną literaturę”. To jego powrót do rzeczywistości. To jego walka z nałogiem o nieuchronne wejście w fazę trzeźwienia. Która – o czym zaświadczy każdy niepijący alkoholik, każdy nie biorący narkoman – długo wydaje się gorsza od choroby.

Symbolem bezlitosnej walki o „oczyszczenie” jest w „Misery” Annie Wilkes, „Bogini Afryki”, jak narkotyk szafarka cierpienia… ale też błogosławionej ulgi w cierpieniu. Bogini religii ćpuna: „niech już będzie jak jest, nie jest źle, a w końcu wszyscy i tak na coś umrzemy!”. Lecz Annie-człowiek też tkwi w pułapce uzależnień: od ukochanego fikcyjnego, książkowego świata, od przeszłości, od postępującej choroby umysłowej. Nie ma jednak śmiałości stanąć z nimi twarzą w twarz.

Współczujemy Paulowi, skazanemu na męki, których nie powinien znosić żaden człowiek. Odrobinę współczucia powinniśmy zachować i dla niej. A podziwu, wielkiego podziwu, czy nie powinniśmy zachować dla Stephena Kinga, który znalazł w sobie siłę, by toczyć walkę z prywatnymi demonami według swoich reguł, nie reguł demonów? W „Misery” King eksternalizował własny bój o powrót do świata, jakim jest. Z otwartą przyłbicą stanął przeciw temu, co go od świata dzieliło, ale wybrał oręż, w którym umie władać: literaturę. Dzięki „Misery”  zachował nadzieję odkupienia. Taką, jaką Paulowi Sheldonowi dawała powieść niegatunkowa, daleka od romansowych przesłodzonych nieszczęść – takiej konwencjonalnej tandety, za to pełna gwałtu, przemocy i  codziennej walki o przetrwanie – samego życia. Jeśli coś obdarzyło siłą ich obu, to tylko pisarska wiara w siebie… i wierność sobie. Siłą – tak, lecz czy zwycięstwem? Ostatnia scena „Misery” zdaje się dowodzić, że w tej wojnie nie ma zwycięstwa. Można tylko walczyć. Do upadłego.

Tak, ktoś, kto decydował o porządku wydań „kolekcji kingowskiej”, nie bawił się w subtelności. Chwycił byka za rogi i chwycił go dobrze. Bowiem „Misery” jest tą powieścią Kinga, która najbardziej bezpośrednio dotyka rzeczywistości, straszniejszej od najstraszniejszego horroru. Wkłada palec w ranę.

I z tego powodu warta jest przeczytania. Nie dla mistrza, nie dla grozy, lecz dla samej siebie.

Krzysztof Sokołowski

[dla tego wpisu włączone są komentarze]