Całkiem niedawno – choć co to jest „niedawno” w dzisiejszych czasach błyskawicznego połowicznego rozpadu wszystkiego z rozumem na czele? – zareagowałem ostro na http://pozeracz.pl/teoria-literatury-dzis/ Jako certyfikowany teoretyk literatury przyznaję sobie do tego niezbywalne prawo, to się nie zmieni. Zmieniło się natomiast moje nastawienie do świata. Na życzliwe. W związku z czym uznałem za swój psi obowiązek krytykować wyłącznie „konstruktywnie” i „wnosić pozytywny wkład”. Co też niniejszym czynię. W zgodzie z duchem Umberto Eco:

„Skoro zatem ‚Czarny Korsarz’ płacze, to biada nikczemnikowi, który się śmieje. Ale biada też głupkowi, który potrafi się jedynie wzruszać. Trzeba również umieć rozmontować mechanizm”.

Drogie blogerstwo czynne i bierne – każda nauka ma swoje miejsce w hierarchii bytów, nawet tak nędzna jak nauka o literaturze!  Choćby nie wiem jak ich wykpiwać, literaturoznawcy na każdym kroku udowodniają, że mają wręcz obowiązek wznoszenia własnych wież z kości słoniowej. Jak lekarze-naukowcy, zapisujący ekran po ekranie latina vulgaris, a nie mający pojęcia, po której stronie pacjent ma wątrobę. Jak fizycy-teoretycy, których w ogóle nikt nie rozumie, chociaż sami udają, że rozumieją się nawzajem. Mnożący drobinki czegoś, czego w ogóle nie ma. Co służy wyłącznie wyjaśnieniu ich własnych teorii.

Czyżby?

Przecież bez tych śmiesznych lekarzy nie byłoby nawet aspiryny, by już nie wspomnieć o „stuleciu chirurgów”.

Bez tych śmiesznych fizyków nie wiedzielibyśmy o świecie nic, albo jeszcze mniej. Tyle, co nam powiedzą wszechmocne oczy i serducho. Słońce krąży dookoła Ziemi…

#

Teoretycy literatury nie są może aż tak ważni, ale są ważni dla „praktykujących w literaturze”. Uważających się za wybranych, którym wolno o niej pisać i pouczać innych. Chcecie przykładu jak ważni, służę przykładem. Otóż wcale nie tak dawno grupa „Naukowo o fantastyce” (za „fandom” robię od razu: „ha, ha, ha”) nie tylko przygarnęła mnie, już tylko praktyka, ale też uraczyła na start okruchem wiedzy. W postaci następującej typologii literatury fantastycznej: „portal-quest”, „immersive”, „intrusive” i „liminal”.

Spokojnie, nie zamierzam objaśniać znaczenia terminów gawiedzi ku uciesze. Kto głupi, zostanie głupi, kandydat na mądrzejszego zawsze może zacząć od Googla. Powiem tylko, że podział ten otwiera mi – po blisko czterdziestu latach praktyki w zawodzie! – nowe możliwości czysto krytyczne, interpretacyjne. Miedzy innymi pozwala na sensowne włączenie w wielką rodzinę „fantasy” dzieł innej niż anglojęzyczna tradycji, choćby pięknego Aleksandra Grina. Ktoś tu wie, kto to Grin? Bez Googla?

No właśnie.

Na pytanie: „a komu to potrzebne, wiedzieć? Phi!” odpowiedź jest prosta: blogerstwu jest to potrzebne. Inaczej blogerzy pozostaną obiektem żartów wszystkich oprócz samych siebie – w tym środowisku autoironia zabija w męczarniach. I nic nie pomogą przewidujące próby Qbusia, jakże nieudolnie usiłującego zrobić blogerstwu alibi: „Nie da się ukryć, że Internet, blogi, web 2.0 i cała reszta mocno zmieniły krajobraz rynku wydawniczego, ale związek ze stanem krytyki literackiej jest incydentalny. Ciekawym aspektem jest natomiast to, że takie lamenty można w zasadzie wpisać w szerszy kontekst konfliktu mediów tradycyjnych i mediów nowych”.

„Incydentalny”? Czyżby? Od neutralnego „konfliktu mediów” nieodłączna jest przecież ich ocena! Tak lapidarnie sformułowana przez Marshalla McLuhana. „Medium is a message. Środek przekazu jest przekazem”. Tylko dlaczego blog – komunikacja internetowa – ma być przekazem żałosnej ignorancji? Ocen „na misie” (podoba/nie podoba)? Klasyfikowania pisarzy według rozmiarów, teorii „trzecich dróg” i „ja tam nic nie klapuję i pewnie się mylę, ale i tak napiszę”? Tworzenia odpowiednika windowsowskiego kosza pod tytułem „realizm magiczny”, powiedzmy, i ładowanie do niego wszystkiego, czego nie umie się nazwać, czyli właściwie wszystkiego?

„Reckowania” dzieł wyabortowanych z kontekstu – kontekst to wiedza, a wiedza to kłopoty! – tak doskonale, że mogły powstać równie dobrze przed Atlantydą, co postapokaliptycznie?

#

Będzie to, na co się zgodzimy, by było. McLuhan napisał też: „Medium is a massage. Środek przekazu jest masażem”. Co w kontekście jednego z lepszych komentarzy do inkryminowanego wpisu, nazywającego go  „manifestacją intelektualnego autoerotyzmu” nabiera nieoczekiwanych – a raczej oczekiwanych – znaczeń.

Jedynym osiągnięciem blogerstwa książkowego przeróżnej maści jest, póki co, skuteczne wzajemne masturbowanie sobie obolałych jaźni – byłaż by to „czwarta droga”? Dowartościowanie ignorancji bolgerki jako takiej ignorancją czytelnika, manifestowaną lajkami, wzniesionymi kciukami, serduszkami i licznikami. „Ikonkami” dla blogowych analfabetów czynnych, czyli nie umiejących pisać i biernych, czyli nie umiejących czytać.

Już mamy czasy Biblii Pauperum. Bo się na to godzimy. Bo samozwańczym dyktatorom Bloglandii teoretycy nie są do niczego potrzebni.

Krzysztof Sokołowski.

[dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

PODZIEL SIĘ