[Kursywą oznaczono fragmenty wstępu Raya Bradbury’ego do „451 stopni Fahrenheita”, powieści graficznej w adaptacji Tima Hamiltona, 2009]

Dzięki niech będą Bogu, że w ciągu ostatnich kilku dziesiątek lat nigdy, nawet przez najkrótszą chwilę, nie wiedziałem co robię. Każda postać z „451 stopni Fahrenheita” ma swój moment prawdy, występuje z tła, staje się indywidualnością. Tylko ja zostaję w tle, milczący. Pozwalam im mówić i żadnej nie przerywam.

Co skłoniło mnie do przygotowania tego wpisu? Dokonania haniebnego dzieła przekładu… za darmo? Otóż w blogosferze popularna była swego czasu feministyczna (inaczej się nie da) teoria interpretacji. Głosiła ona istnienie trzech dróg, którymi Wielkość Pisarza może nasycić głębie… duszy[?]… serducha[?]  – no w każdym razie głębie tego, czego głębią dysponują nawet blogerki. Najlepszą z nich miała być „trzecia droga”, podczas przecierania której Pisarz objaśnia zafascynowanej Jego Wielkością krytyczce, dlaczego w Arcydziele to (lub tamto) zrobił tak (lub owak). A także odpowiada na wnikliwe pytania typu „Ach, skąd te pomysły, Panie Pisarzu?” – żeby daleko nie szukać.

Czy teoria, w którą prawem kaduka wplątywano też mój skromny blożek, nadal jest popularna? Nie wiem, przestałem śledzić blogosferę. Pozostała mi jednak w pamięci ze względu na swą niewątpliwą atrakcyjność, budzącą dojmującą tęsknotę za prawdziwie Pisarską Wielkością. Cóż, niesprawiedliwy los odebrał mi brutalnie tę swoją łaskę. Ale w zamian wrzucił w laptopa wydanie „451 stopni Fahrenheita” w formie powieści graficznej. Zaopatrzone w przedmowę autora oryginału, rujnującą raz na zawsze „teorię trzeciej drogi”. Nie w jej aspekcie czysto językowym, Boże broń, lecz sensowności prowadzenia w trakcie artykułowanej komunikacji werbalnej.

Grzech nie posprzątać po kolejnym temacie, tak mocno związanym z popularnym traktacikiem o sztuce czytania.

Przyjemniej lektury.

Pewnego późnego wieczora 1950 roku wracałem z przyjacielem z kolacji. Gdy szliśmy Wiltshire Boulevard zatrzymał się przy nas policyjny radiowóz. Policjanta zainteresowało, co też wyprawiamy.

– Stawiamy nogę za nogą – odpowiedziałem, nieprzesadnie konkretnie.

Funkcjonariusz długo wypytywał, dlaczego idziemy piechotą, jakby wieczorny spacer prowadził nas wprost ku granicy prawa. Zirytowany, po powrocie do domu napisałem opowiadanie „Przechodzień”. Po kilku tygodniach wziąłem mojego przechodnia na literacki spacer, podczas którego spotkał dziewczynę imieniem Clarisse McClellan.

Po tygodniu miałem już gotowy szkic „Strażaka”, długiego opowiadania, które niewiele później stało się „451 stopniami Fahrenheita”. Po latach, oglądając się za siebie uznałem, że u podstaw tej powieści leży właśnie „Przechodzień”, lecz pamięć mnie wówczas zawiodła. Dopiero teraz, pół wieku od dnia, gdy policjant z Los Angeles zakwestionował moje prawo do „bycia przechodniem” widzę, jaką rolę odegrały pomysły z opowiadań, których przedtem z „451 stopni Fahrenheita” nie łączyłem.

Napisałem opowiadanie o najwybitniejszych pisarzach fantastyki w historii, wygnanych na Marsa podczas gdy na Ziemi ich książki się pali. Jego tytuł: „Wygnańcy”.

Napisałem opowiadanie „Usher II”, w którym mój bohater skarży się, że jako twórca fantastyki odrzucany jest przez ziemskich intelektualistów wykpiwających groteskę, wyciekającą każdym porem z opowiadań Edgara Allana Poe i jemu podobnych. Wiele lat wcześniej opublikowałem inne długie opowiadanie pod tytułem „Słup ognia”, w którym martwi wstają z grobów, by powtórnie odegrać dziwne zaiste życia Drakuli i potwora Frankensteina.

Kiedy pisałem „451 stopni Frankensteina” wszystkie te opowieści pozostawały w głębokiej niepamięci, leczy  żyły. Bulgotały mi gdzieś, w głowie. I to, co teraz macie przed oczami to kolejna rejuwenalizacja książki, która była kiedyś krótką powieścią będącą opowiadaniem będącym spacerem, będącym powstaniem z martwych na cmentarzu i ostatecznym upadkiem domu Usherów. Dzięki niech będą Bogu, że w ciągu ostatnich dziesiątków lat nigdy, nawet przez najkrótszą chwilę, nie wiedziałem, co robię. Każda postać z „451 stopni Fahrenheita” ma swój moment prawdy, występuje z tła, staje się indywidualnością. Tylko ja zostaję w tle, milczący. Pozwalam im mówić i żadnej nie przerywam.

I już. To wszystko. Pozostaje tylko zaryzykować: uznać Bradbury’ego za równie wielkiego, co Wielki Blogerski, a mamy jedną teorię mniej.

Robiąc co robi Pisarz, nawet Wielki, nie wie, co robi. Jak to mężczyzna.

Krzysztof Sokołowski.

[dla tego wpisu włączone są komentarze].

PODZIEL SIĘ