Dziura na tyłku dżinsów polskiej fantastyki

Najpierw zapowiedź wydania, a teraz już nawet wydawanie nie byle czego, bo – ho, ho! – samych „Dzieł” Marka Oramusa, uruchomiło mi na pych proces myślenia. Mimo to, że w sumie nie stało się nic wielkiego, nie zatrzęsła ziemia, nikt nie zginął, ani się z okazji tego wiekopomnego faktu nie urodził. Przy odrobinie uporu można przecież całego Oramusa skompletować w tydzień i to nawet za niewielkie pieniądze. Raz uruchomiony, proces myślenia powiedział mi jednak, że rzecz nie w tym, żeby móc.

Rzecz w tym, żeby się chciało chcieć.

Przyjrzyjmy się brutalnej rzeczywistości. W rzeczywistości jest przecież tak, że praktyka wydawców: wychowywanie sobie czytelnika przewidywalnego, potulnego, nie pragnącego niczego tak, jak „więcej tego samego”, drastycznie ogranicza obieg książki spoza kręgu tych, pożal się Boże, zainteresowań. Na dzisiejszym rynku neoantykwarycznym jest prawie wszystko, to istny raj bibliofila, mola książkowego i świadomego czytelnika… czyli niewielu wybranych. Oramus jest na tym rynku obecny, ale jako autorowi nic mu to nie daje.

Żeby Oramusa czytano, musi zostać na nowo wydany. Dopiero wydany tak, jakby był nowym, innym Oramusem, Oramus będzie czytelniczo atrakcyjny.

#

Prawo „jesteś nowy, lub cię nie ma” obowiązuje wszędzie, a więc także w obiegu literackim fantastyki. Fantastyka książkowa to w dodatku rynek spory, a przede wszystkim różnorodny i nieustannie zmienny. „Nazwiska” pojawiają się i znikają, słoniowacizna to wśród „konwentów” oznaka zdrowia, toczą się dyskusje, wirtualne i na żywca. Niby wszystko jest tak dobrze, jak powinno i trzeba solidnego kopa, by zobaczyć, że KRÓL JEST NAGI. No, powiedzmy, że nie całkowicie: kolejne premiery wiążą mu pod szyją tęczowej barwy krawaty, z coraz to nowych kontynuacji i serii da się wykroić koszulę i marynarkę, Lem – zawsze na propsie – zapewnia odpowiednio elegancko znoszone półbuty, a tak zwane „nazwiska”, jeśli nadal czynne, robią za to, co najważniejsze.

Robią za dżinsy. Dżinsów nie da się ominąć. Można chodzić w podkoszulku, można chodzić w sandałach, a nawet na bosaka, z pewnością da się żyć i funkcjonować bez krawata, ale bez dżinsów łapią i wsadzają, nie ma przebacz.

A w dżinsach na tyłku fantastyki zieją, jak się okazuje, dziury. Tak wielkie, że z ich rozmiarów nawet ja nie zdawałem sobie sprawy, póki Solaris nie zapowiedział Oramusa. Oramusa, którego twórczość i tak stoi u mnie na półce. Z mojego punktu widzenia to nowe wydanie będzie ciekawostką. Z punktu widzenia kolejnego pokolenia ludzi, którzy niedawno – czyli przed kilku laty – zaczęli, właśnie zaczynają lub niedługo zaczną swą przygodę z fantastyką, a którzy wychowali się w kulcie nowych wydań i posłuszeństwa wobec wydawców, będzie mieć znaczenie podstawowe.

Będzie łatą na tyłku dżinsów polskiej fantastyki. Nie pierwszą, ale jedną z większych.

#

Procesowi czytania, w odróżnieniu od procesu „konsumpcji treści”, musi towarzyszyć świadomość, że każda książka, fantastyczna też, w momencie, gdy zaczyna być czytana, staje się nową cegiełką naszej literackiej chałupy, a jednocześnie podstawą dla kolejnych cegiełek i tak da capo al fine. Ale ta świadomość musi się skądś wziąć. Tę świadomość trzeba obudzić. Co kto z nią zrobi, to już jego sprawa, ważne, żeby miał szansę. Miał wybór: czytać czy konsumować.

I teraz patrzę na półki regału, tego regału, na którym stanie nowe wydanie książek Marka Oramusa. „Na srebrnym globie”, „Zwycięzca”, „Stara Ziemia” Żuławskiego. Czy każdy czytelnik musi dogłębnie przestudiować i intymnie poznać dzieło Szacownego Przodka, incydentalnie, jak Zajdel, patrona branżowej nagrody? Nie. Nie ma takiego obowiązku. Ale po pierwsze: jeśli zechce, będzie MÓGŁ. Po drugie, nowe wydanie może go zachęcić: skoro DZIŚ wydany, to może DZIŚ coś jest jednak wart?

„Zagubiona przyszłość”, „Proxima”, „Kosmiczni bracia” Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki. Jak tu w pełni, świadomie, krytycznie (co Marcinowi Podlewskiemu może wyjść tylko na zdrowie) czytać zagłaskiwaną mnogimi dłońmi „Głębię” bez świadomości, że Podlewski nie jest największym wynalazkiem od czasu wynalezienia koła i że trafił z „Głębią” w modę na artykuły spaceoperowe i spaceoperopodobne? Dwa tomy Konrada Fiałkowskiego („Nieśmiertelny z Wegi”, „Zerowe rozwiązanie”) – jeśli ktoś chce wierzyć, że Lem sam jeden jest taki wielki i klasyczny, popełnia śmieszny błąd na własne życzenie, a „Wróble galaktyki” powinny w ogóle znaleźć miejsce w antologii najlepszych – nie tylko fantastycznych – polskich opowiadań współczesnych. A zjawiskowy Maciej Żerdziński („Opuścić Los Raques”, „Imperium hiacyntów”) pokazuje, że mocno reklamowany Cezary Zbierzchowski nie wyskoczył w pełnej zbroi z głowy Zeusa military SF i sporo traci na urodzie, umieszczony w odpowiednim kontekście.

To są właśnie te łaty na tyłku dżinsów fantastyki.

Owszem, powie ktoś, fajnie, tylko po co? I tak „nikt nie chce tego czytać”. Mam na to fałszywe twierdzenie dwie odpowiedzi. Pierwszą taką, że „chce – nie chce” jest zmienne w czasie, a wędka to dar cenniejszy od ryby. A drugą taką, że zwyczajnie się myli. O tym, jak bardzo, może świadczyć casus Peteckiego, który na dobre wszedł już do kanonu polskiej fantastyki przygodowej i budzi spore zainteresowanie manifestowane na blogach, w podcastach, na Facebooku i tego rodzaju wynalazkach szatana. Może świadczyć casus Wiktora Żwikiewicza… pisarza wymagającego, a jednak budzącego emocje wśród pokolenia wnuków.

Teraz do nich i innych dochodzi Oramus. Ciągle czynny, ciągle kreatywny pisarz (vide antologia „Przedmurze”) i krytyk, usiłujący nawet prowadzić własnego bloga. Oramus, który wydaje się stworzony na łącznika między dawnymi a nowymi czasy.

Jeśli nowe wydanie Marka Oramusa „zaskoczy”, a nie mam powodu przypuszczać, by nie zaskoczyło, dżinsy polskiej fantastyki zakryją wreszcie jej goły tyłek. Och, oczywiście, zostaną jeszcze dziurki i zwykłe przetarcia, ale to da się już łatać na bieżąco.

Krzysztof Sokołowski

[dla tego wpisu włączone są komentarze]