Zgodnie ze złożoną na Facebooku obietnicą oraz własnym głębokim przekonaniem zaczynam następująco: „Jeśli każdy spęd  [jak Falkon 2016] będzie owocował takimi produktami książkowymi i to nim się w ogóle zaczął, jestem gotów pokochać spędy”. I, by nie trzymać nikogo w niepewności, zgodnie z własnym głębokim przekonaniem, oznajmiam, że na wydaniu „Przedmurza” wygrało ich trzech.

Trzech pisarzy.

#

Wygrał Paweł Ciećwierz sześciostronicowym, wstrząsającym (i makabrycznym) opowiadaniem „Do żywego”. Oscylującym na granicy „szorta”, (w byłej pięknej polszczyźnie: „miniatury literackiej”), utworem z którego, bez nieodwracalnej szkody, nie dałoby się wyjąć przecinka.

„Już pierwszego tygodnia zrezygnowali z siłowni i facebooka. Trochę dłużej utrzymała się telewizja. Teraz każdą chwilę wolnego czasu spędzali w piwnicy. Wiedzieli, że muszą się śpieszyć”.

To dla ludzi piszących jak on wymyślono „sześciosłowowe opowiadanie” przypisywane Hemingwayowi: „For sale: baby shoes, never worn”. („Do sprzedania: dziecięce buciki, nie używane”).

#

Wygrał Wojciech Szyda „Slamem”, wielowymiarową opowieścią o „wojnie pieśni”, w której świat rzeczywisty, taki jaki znamy, jaki rozumiemy, istnieje tylko po to, by postawić kropkę.

„Cała umiejętność w starciu cywilizacji to podtrzymać pieśń”.

Wygrał opowieścią o Logosie – słowie sprawczym, przez które stało się to, co się stało.

#

Wygrał Piotr Gociek („Jak utopiliśmy Hana Solo”) świetną frontową tragifarsą. W tym tragiczniejszą i bardziej farsową od słynnego „Paragrafu 22”, że dzieje się niemal tu i niemal teraz. I że nieprawdopodobnym zakończeniem zawłaszcza sobie gogolowskie: „sami z siebie się śmiejecie!”. Bo jeśli dałeś się zaskoczyć, jeśli z osłupienia choćby na chwilę przestałeś czytać, to znaczy, że masz braki w rozumieniu najbardziej oczywistych mechanizmów tego świata. I lepiej je szybko nadrób, przyjacielu. By nie musieć topić Hana Solo.

„Eksperci w różnych telewizjach mówili, że wojny nie będzie.
A inni mówili, że będzie. Jeszcze inni, że wojna już jest. XXI wiek. I bądź tu mądry”.

Sapkowski nie pisał lepiej, kiedy przed ćwierćwieczem pisał (dla Fenixa) „W leju po bombie”.

przedmurze_02_pewniex

Ta króciutka „lista wygranych” ma sens tylko o tyle, że może pomóc wahającemu się podjąć właściwą decyzję, zalecaną i oczywistą. Poza tym jakoś tam definiuje moje gusta i upodobania, z którymi nie należy się zgadzać, ale warto brać na nie poprawkę.

I to właściwie wszystko.

Bo „Przedmurze” nie jest grą o sumie zamkniętej i to, że któryś z autorów „wygrał” nie oznacza, że inny autor musiał „przegrać”. Jest po prostu znakomitym wyborem znakomitych tekstów. Znakomicie złożonych w całość.

#

Na „pierwszym poziomie ‘Przedmurza’” mamy więc do czynienia z fantastyką literacką, o którą dziś wcale nie tak łatwo. „Wejście w heban” Zbigniewa Wojarowskiego od razu nadaje nam odpowiednio szalone tempo dobrej strzelanki

„Zbrodniarze kryli się w zakamarkach umarłego mózgu ofiary. Trupogon miał w sobie domieszkę żywego umysłu tropiciela”.

co nie znaczy, że się do tego ogranicza.

Mirosław Jabłoński („Jestem Aileen”) serwuje smakowitą klasyczną SF z właściwym twistem we właściwej chwili.

„Pokrzepiające, że w pod– , nad– oraz w zwykłej przestrzeni zero – zaznaczane już przez starożytnych Sumeryjczyków pustym miejscem na glinianych tabliczkach – było wciąż starym dobrym zerem”

Plus „Pokój połączeń imienia L. Rona Hubbarda”,  bawiący mnie nawet teraz, po kilku dniach i kilku lekturach.

Paweł Majka pod ironicznym tytułem „Zagubieni chłopcy”

„Wychodzenie na zewnątrz to nadmierny wysiłek i strata czasu. Oraz ryzyko”

kryje bardzo nieironiczną refleksję o nędzach starości i o fundamentalnej niezmienności świńskiej ludzkiej natury.

Krzysztof Kochański („Pluton egzekucyjny”)

„Jestem dowódcą plutonu egzekucyjnego powołanym rozkazem Naczelnego Wodza Dwóch Wrogich Armii dnia 3 maja 2031 roku. Czy mówi panu coś ta data? Przypomina pan sobie?
Nie. Nie chodzi o święto Konstytucji 3 Maja. Czy próbuje pan być dowcipny?”

nie zostawia suchej nitki na pewnej ludzkiej klasie, znienawidzonej od czasu, kiedy powstała i zgodnie nienawidzonej nadal.

Michał Protasiuk („Anatomia pęknięcia”) kryminałem oraz męską paranoją właściwą każdemu z nas (choć w nie tej skali!)

„Ważniejsze od postrzegania jest NIE postrzeganie”

osłania diagnozę niepokojącą w skali mikro, a śmiertelnie groźną w skali makro.

Eugeniusz Dębski („Człowiek z Brukselki”) i Jacek Sobota („Korekta”) grawitują za to w stronę „publicystyki fabularyzowanej”, co też bywa lubiane, a z pewnością jest zgodne z dobrą tradycją polskiej SF.

No i jest jeszcze Grzegorz Janusz („Złego początki), który przepięknym fragmentem powieści „Jesień wszechczasów”.

„Chciałbym być chmurą. Albo polnym kamieniem, albo opadłym liściem… albo żeby wcale mnie nie było” 

załapałby się do mojej „ulubionej trójki” jako czwarty, gdyby nie to, że fragmenty mogę podziwiać, ale nie zaryzykuję ich oceniania. Jest też jak zwykle niezawodny Cezary Zbierzchowski („Dobre miasto”), w charakterystycznym dla niego, oszałamiającym tempie przeprowadzający nas przez labirynt swego znanego (od lat! – ależ ten czas leci…) uniwersum. Ryzykowne 100 stron nie niesie żadnego ryzyka. Wchodzimy w jego świat w wygodnie już wydeptanych wojskowych butach. Głowa pamięta myśli, a palce kształt broni. Przebiegamy dystans od punktu „A” do punktu „B”  i z zaledwie lekka zadyszką…

…trafiamy wprost w fantastycznie pokaźną osobę Marka Oramusa.

Ale to jest już trochę inna historia.

#

Bo coś pominąłem. Pominąłem to, co jest ponad pierwszym poziomem „Przedmurza”, czyli „poziom drugi”, czy też może wartość dodaną? W postaci trzech historyjek komiksowych według scenariusza Grzegorza Janusza, rysowanych przez Tomasza Niewiadomskiego. Dopiero uczę się pisać o komiksach (ciągle mi się wydaje, że ich analizę i ocenę powinienem raczej narysować) więc tylko dobrze radzę: chwila przerwy w biegu do tylnej okładki i delektować się koniecznie! Zwłaszcza jednoplanszowym „Noblem 2410”, którego mam zamiar wykorzystywać, póki autorzy nie postraszą mnie sądem. Oczywiście bez spojlerów.

przedmurze_03_lenin

Pominąłem też „W celi z Breivikiem” Macieja Parowskiego. Coś wręcz niezwykłego, o niezwykłym wręcz działaniu. Parowski, którego formalna perfekcja jest po równi dziełem talentu i praktyki, nie prowadzi narracji, nie opowiada historii. Organizuje wypowiedź tak, by mnożyć i zderzać OBRAZY.

„Tej nocy atakuje nas smok
Ma moje zęby, kolano, jego palce i łokcie”

I tylko od czytelnika zależy, jak je sobie poukłada. Co zobaczy i ile będzie miał z tego przyjemności, a ile zachęty do myślenia.

Osobiście kocham taką zabawę.

#

Dopiero teraz tak naprawdę przychodzi pora na Marka Oramusa i jego „Przedmurze”, nadające tytuł całej antologii.

Nazwano ich ewokami.
Przez rok czy dwa ewoki nikomu specjalnie nie przeszkadzali,
gnieździli się po śmietnikach, w starych zaułkach
i ruinach. Czym się żywili, nikt nie wie. Zauważono
tylko, że w pobliżu miejsc ich bytowania drastycznie spadło
pogłowie psów i kotów – na psy byli szczególnie zawzięci
– a także zwierząt polnych. Czasem spotykało się
ich w krzakach, a nawet w lasach, jak leżeli wokół żaru
wygasłego ogniska, coś opiekając na kijach. Omijano ich
jak nielubiany, ale konieczny element krajobrazu.
Wyroili się pewnej wiosny, masowo i zdecydowanie.

„Przedmurze”, prowadzi nas na „poziom trzeci”. Jest „wartością dodaną do wartości dodanej”.

Poziom trzeci to poziom „metaliteracki”: „Wstępniaka” autorstwa Wojtka Sedeńki.

Radzę ze szczerego serca zamienić ów „Wstępniak” z „Zstępniakiem” w kolejności lektury, bo autor dokonuje w nim sprytnego manewru: sugeruje sposób odczytania całości „Przedmurza” książkowego, uprawniony oczywiście, ale bynajmniej nie jedyny. Ale to już oczywiście co kto lubi. Na początku, na końcu czy w środku, w każdym razie „Wstępniak” powinien wywołać huczek podobny do tego, jaki kiedyś wywołało Oramusowskie „Siedem grzechów głównych polskiej science fiction” – lektura obowiązkowa.

#

Sedeńko, jeśli go dobrze rozumiem, woła o powrót „polskiej szkoły ‘fantastyki socjologicznej’”, na podobieństwo tej starej, z czasów „komuny”. Pozostaje jednak faktem, że tylko Oramus w „Przedmurzu” realizuje formułę tak, jak została wówczas wypracowana: bierze fragment świata do opisania i opisuje go, stosując sztafaż stricte fantastyczny – inwazji Obcych. Podobnie jak Parowski rzemiosło ma opanowane do perfekcji, pióro sprawne i lata praktyki, więc jemu to, bez wątpienia, wychodzi. Co zaczęło się feniksowymi (jeszcze fanzinowymi!) „Baranami i armią lwów” jako farsa, zamyka się „Przedmurzem” – jako tragedią.

Ale czy wyjdzie komu innemu? Czy próba wstąpienia do niegdysiejszej rzeki nie grozi ześlizgnięciem się w ciężką publicystykę? Lub w anachronizm? Ślady tego niebezpieczeństwa są przecież do wytropienia i w omawianej antologii, i w słowach samego Sedeńki twierdzącego na przykład, ze problem uchodźców „dzieli rodziny”. A przecież problem uchodźców przestał już dzielić nawet Węgrów i Niemców! Zmyto krew z ulic Nicei, uciszono kobiety zgwałcone w Kolonii, postawiono mury i zapory, powołano służby. Ciężar ludzkiego nieszczęścia zlokalizowano tam, gdzie to nieszczęście ma właściwie nieludzki wymiar, a nie wymiar wysokości zasiłku i problem, który dzielił, przestał istnieć – zaledwie wczoraj rozjechano buldożerami dżunglę Calais, przy komfortowym milczeniu świata!

Zastąpił go antyzamach w Turcji, zastąpili Rosjanie w Syrii. Na przykład.

#

No i uwaga ostatnia. Kiedyś – a Sedeńko i o tym pisze – gotowa książka mogła trafić do wydawnictwa, wyjść po trzech latach mąk z przydziałami papieru, wypadaniem „z planów” i cenzurą , i nadal opisywać rzeczywistość. Dziś książka trafi do wydawnictwa, wyjdzie po trzech miesiącach i już funkcjonuje w innym wszechświecie. Doskonale pasuje tu cytat z Protasiuka:
„Moja nastoletnia córka by o nim powiedziała, że ma FOMO.
– FOMO? Ja nie mam dzieci.
– Fear of missing out. Paniczna obawa, że ominie cię coś ważnego. Że będziesz obok, zamiast być w centrum. Dlatego Sven chodził z telefonem nawet do toalety […]”.

Zresztą, jakby nie było, pozostaje faktem, że autorzy urodzeni w dekadzie lat 70-tych ubiegłego wieku znaleźli już na „fantastykę socjologiczną” swój sposób. Ci, których wymieniłem wśród najlepszych, fantastykę minimalizują. Stosują jak lekarstwo: możliwie najmniejsza dawka podawana tak, by odniosła możliwie największy skutek.

W pewnym – moim zdaniem jedynym rozsądnym – rozumieniu tego słowa, oni wszyscy są postfantastami.

Na szczęście nie tylko oni tworzą fantastykę.

Ale to zupełnie inna historia.

Krzysztof Sokołowski.

[Dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz