Pewnego dnia – zwykłego, szarego o bladym przedświcie dnia – biedny wiejski Tołpi łowi w Bugu ryby. I wyławia siecią księżyc. I uznaje księżyc za swoją własność, jak wyłowioną rybę. A potem, z niewielką pomocą biednego wiejskiego wierzbowego licha Zapaliczki (mianującego się co prawda czartem wielkiego rodu, jeno że zbiedniałym) udaje mu się wzięty w niewolę księżyc, jego księżyc, rozbić w proch i pył. Matowy i sypki jak cement, z którego budowano dworzec we Włodawie.

Biedna wiejska babuszka Sławuszka tak tłumaczy Tołpiemu, czego dokonał, choć pragnął zaledwie przypodobać się księżycem młynarzów pięknej córce: „Księżyc bab humorami w ciele rządzi, a bez tego ludzie się począć nie mogą. Gdy w nowiu – nerwy ludziom koi, a ziarnu zasia­nemu bło­go­sławi, dla­tego w nów siać należy. A w pełni krew w chło­pach burzy, dla­tego i jur­niejsi wtedy, i do bitki bar­dziej sko­rzy, ale i cudów odwagi doko­nać gotowi. Nów i peł­nia to jest życia rytm, to są ciem­nego serca świata ude­rze­nia”.

Na szczęście babuszka Sławuszka wie, że w Lublinie mieszka Żyd, rabin, co ongi księżyce wytapiał.

#

Tak biedny wiejski Tołpi rusza w drogę, w towarzystwie dzielnego Sacho Pansy, biednego wiejskiego odszczepieńca szlachetnego rodu, wierzbowego licha, Zapaliczki.

Tołpi rozpoczyna wędrówkę. Tołpi wędruje przed siebie, lecz z wewnętrznym okiem duszy, marzenia, a może pamięci – na to nie mam właściwego słowa, nikt nie ma – obróconym wstecz. Zapatrzonym w Księgę, zapatrzonym w schulzowski Autentyk. Każdy kolejny rozdział, a będzie ich jeszcze – być może przypadkowe – dwadzieścia dziewięć, to opowieść o pokusie, każącej mu zapomnieć o Księdze.

Zdaje mi się, że ten rodzaj sztuki, jaki mi leży na sercu, jest właśnie regresją, jest powrotnym dzieciństwem. Gdyby można było uwstecznić rozwój, osiągnąć jakąś okrężną drogą powtórne dzieciństwo, jeszcze raz mieć jego pełnię i bezmiar – to byłoby ziszczeniem „genialnej epoki”, „czasów mesjaszowych”, które nam przez wszystkie mitologie są przyrzeczone i zaprzysiężone. Moim ideałem jest „dojrzeć” do dzieciństwa. To by dopiero była prawdziwa dojrzałość”.

[Nie, to nie jest cytat z „Pustego nieba”, to nie jest nawet cytat „z Raka”]

#

Tołpi wiele doświadczy w trakcie swej wędrówki. Będzie komunistą i pójdzie w procesji. Będzie pił i będzie trzeźwiał. Będzie kusił kobiety i będzie przez kobiety kuszony. Dozna krzywd i będzie krzywdził. Zobaczy śmierć i będzie śmierć zadawał. Zobaczy cuda i czasem będzie w nie wierzył, a czasem nie. Poniesie klęskę ostateczną i weźmie za nią odpowiedzialność dzięki czemu może, ale tylko może, ostateczna klęska nie będzie tak ostateczną, jaką się wydawała?

rak_puste_niebo_06_illus

Doświadczy tego wszystkiego – i więcej, znacznie więcej – idąc przed siebie, z wzrokiem utkwionym „w przód”. Co da mu oko wewnętrzne, skierowane w nienazwane „wstecz”?

Czy to, co „w przód” zerwie więź Tołpiego z jego Księgą.  Czy każde mu dojść do „dorosłości”, do „zrozumienia świata”, czy narzuci mu „inicjację” (nie pojmuję, dlaczego dziś prawie wszyscy za inicjację uważają wyłącznie pierwszy, niezdarny seks)? Czy też może pozostanie wierny Wielkiemu Celowi: wytopi nowy księżyc, wspomni słowa i obrazy Księgi, znajdzie Autentyk, zapełnieni PUSTE NIEBO.

#

O którym ty, czytelniku fantastyki, wiesz przecież, że go nie ma. Tam wysoko są planety i gwiazdy, i galaktyka, i galaktyki i w cholerę „fantastycznego sztafażu”. Być może jest nawet Głębia, ale Nieba nie ma. I wiesz, że bez księżyca niebo nie byłoby puste, bo go i tak nie ma, a tylko noce troszkę ciemniejsze.

Którą książkę czytasz, wierny czytelniku fantastyki? To dobre pytanie, bo przecież wiadomo, że każda literatura rodzi się nie wtedy, gdy autor ją napisze, nie wtedy, gdy wydawca wyda, a księgarz sprzeda, lecz wtedy, gdy TY ją czytasz, jak chcesz i jak potrafisz. Czy tworzysz lekturą swoje „Puste niebo”, czy może raczej swoją „Bezksiężycową noc”, nieco niewygodną do czytania, irytującą „konstrukcją zdań” i stosowaniem czasem, o zgrozo, nawet czasu zaprzeszłego?

#

„Nie ma już nigdzie tych książek, które czytaliśmy w dzieciństwie, rozwiały się – zostały nagie szkielety. Kto miałby jeszcze w sobie pamięć i miąższ dzieciństwa – powinien by je napisać na nowo, tak jak były wtedy”.

[Nie, to nie jest cytat z „Pustego nieba”, to nawet nie jest cytat „z Raka”]

#

„Koniak rzucili na rynek” – wzdychał kiedyś pewien Starszy Pan, na co Jego Przyjaciel odpowiadał mu, również z westchnieniem: „Ale za mocno i się stłukł”. Ten żart, okazjonalny niegdyś i sytuacyjny, wrócił dziś w postaci upiora, by straszyć.

rak_puste_niebo_05_illus

Jakże bezradny wobec „Pustego nieba” wierny czytelnik fantastyki, w tym jej wierny Burek stróż – bloger. Naiwnie szukający odpowiedniej szuflady w pełnym szuflad, porządnym biurku: „ubran fantasy” to może? „New weird”? „Realizm magiczny”, nie daj Boże, bo to ze wszystkich wytrychów najtrudniejszy do użycia?

Chrzczone tak przez wszystkich wszystkim, „Puste niebo” staje się w końcu niczym. Staje się „Bezksiężycową nocą”. Dobrze jeszcze, że nie mając nic do powiedzenia dyrygenci fanowskiej „opinii powszechnej” zalecają czytanie Raka… tylko że co to ca czytanie? Przecież nie to świadczy o mnie, co czytam, lecz to jak czytam.

rak_puste_niebo_07_illus

A problem w tym, że czytelnicy fantastyki, jakby przypadkiem solidarnie i powszechnie pogardzający mainstreamem, znają swoją fantastykę w postaci książek obłych – kto dziś jeszcze fascynuje się „Kronikami marsjańskimi”? Książek obłych, solidnych i tak satysfakcjonujących w konsumpcji jak zimą bryła soli w paśniku. Stado przychodzi i liże. I co je obchodzi, co jest w środku? Ważne, że lizaniem można się wzmocnić przed nieuchronną wiosną.

Bywają jednak, choć raczej w pogardzanym „mainstreamie”, książki inne. Książki nie do lizania. Książki wymagające aktywność czytelnika. Wymagające jego wysiłku, jakby za każdym razem trzeba było obrać owoc ze skorupy, co za każdym razem jest coraz trudniejsze, choć i coraz bardziej satysfakcjonujące w smaku. Z takich książek im więcej dasz, tym więcej skarbów wydobędziesz. Ale bez dawania się nie obędzie, bo „Pustego nieba” nie poliżesz po wierzchu żeby się nie skrzywić, nie machnąć ręką, nie wycedzić szyderstwa.

#

Nazywam ją po prostu Księgą bez żadnych określeń i epitetów, i jest w tej abstynencji i ograniczeniu bezradne westchnienie, cicha kapitulacja przed nieobjętością transcendentu, gdyż żadne słowo, żadna aluzja nie potrafi zalśnić, zapachnieć, spłynąć tym dreszczem przestrachu, przeczuciem tej rzeczy bez nazwy, której sam pierwszy posmak na końcu języka przekracza pojemność naszego zachwytu”.

[Nie, to nie jest cytat z „Pustego nieba”, to nawet nie jest cytat „z Raka”]

#

Czego „Puste niebo” wymaga od czytelnika? Musisz, czytelniku, za każdą lekturą od nowa, stać się Tołpim, swoim Tołpim, własnym Tołpim, z własnym wierzbowym lichem, wyrzutem sumienia. Jeśli nie chcesz, rzecz jasna, zmarnować czasu i pieniędzy, by na końcu z rozbrajającym uśmiechem i facebookowym uniwersalnym „tiaaa….” przyznać się do własnej czytelniczej impotencji. Musisz wyjść ze szczęśliwej krainy kruchego księżyca w zasięgu ręki, a potem marzyć tylko o jednym: by do niej wrócić. Musisz umieć marzyć o wszystkim, o czym marzenia cię oduczano. Musisz być jak niemowlę z pięknych legend sprzed tysięcy lat, kiedy wierzono, że przed chrztem widzi świat duszków, strzyg i upiorów, a dopiero po chrzcie: „prawdziwy”.

Chrzest z legendy odbierał dziecku świat Księgi, świat Autentyku, ale na szczęście nie wszystkim odbierał tęsknotę.

rak_puste_niebo_08_illus

#

Och, Radek Rak nie byłby sobą, gdyby opisując czekające Tołpiego próby nie bawił – prawdopodobnie siebie, a z pewnością mnie – ukrytymi w tekście Easter Eggsami. A to opisze jedną z bardziej znanych grafik Bruno Schulza znanymi do banału słowami jej opisu sprzed lat, a to każe przejść z Narni przez starą szafę samej Jadis z pudłem ptasich mleczek. Igra wydarzeniami historycznymi (łącznie z historycznymi opisami cudów) tak, by ułożyły się w zgrabną całość. Ale widzę w tym cel inny niż tylko igraszka. Próby, które Tołpi przechodzi, są dzięki temu nie tylko po prostu ciekawsze, ale też o wiele… straszniejsze.

I tym straszniejsza jest najstraszniejsza w „Pustym niebie” klęska dwóch starców, dla których Autentyk nie był czymś niepojętym, lecz czymś źle pojmowanym. Nie pojmowanym. Bo zmusza czytelnika do spytania samego siebie, w najgłębszej głębi duszy, tam gdzie nie ma miejsca na kłamstwo: a moja Księga? Mój Autentyk? Kogo krzywdzę poszukując go tak usilnie, kogo oprócz… siebie?

#

„W dziele sztuki nie została jeszcze przerwana pępowina łącząca je z całością naszej problematyki, krąży tam jeszcze krew tajemnicy, końce naczyń uchodzą w noc otaczającą i wracają stamtąd pełne ciemnego fluidu”.

[Nie, to nie jest cytat z „Pustego nieba”, to nawet nie jest cytat „z Raka”]

rak_puste_niebo_09_illus

#

Czy Tołpi osiągnie cel, do którego dążył z konsekwencją tak bezwzględną, że wręcz po trupach? Może tak, w Autentyku jest miejsce na trupy. A może nie, bo czy dziś księżyc wypełnia puste niebo, czy tylko świeci nocami?

A może osiągnie cel, lecz inny i inaczej? Może przypomni tym, którzy czują, choćby słabo i czasami, dojmującą tęsknotę za czymś bezpowrotnie utraconym: cudownym światem z którym jesteśmy pełnią, a nic nie zostaje utracone bezpowrotnie?

Krzysztof Sokołowski.

[Dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

PODZIEL SIĘ