Gdybym pierwszą „Głębię” Marcina Podlewskiego i pierwszego „Gamedeka” Marcina Przybyłka miał w papierze, musiałbym ustawić te książki na przeciwległych półkach przeciwległych regałów. Musiałbym pilnować, by się broń Boże nie zobaczyły, zaniedbanie podstawowych zasad BHP grozi twojemu zdrowiu, a nawet życiu. Rwące się do bójki Marciny strącałyby przecież po drodze lapsusowe bogactwo opasłych tomiszczów na coraz liczniejsze – i z czasem coraz delikatniejsze – fragmenty lapsusowej anatomii! Ba, nawet na karcie pamięci ich ebooki nie mogą ze sobą wytrzymać! Bateria Onyxa rozładowuje się w trzy dni, nie trzy tygodnie!

Rozsadzenie ich jak klasowych łobuzów: ty zostajesz na karcie, a ty do pamięci urządzenia proszę, też nie pomogło. Czytnik trzeba było resetować trzy razy.

Od środy do niedzieli.

Najwyższy czas położyć temu kres. Lapsus ma nerwy w strzępach.

#

Nerwy w strzępach to także wynik lektury „Skokowca” i „Granicy rzeczywistości” jednym ciągiem. Bez choćby tego kęsa razowca, którym kiper musi zneutralizować smak zdegustowanego trunku, by oddać sprawiedliwość trunkowi czekającemu degustacji. I tak oto LapsusC przewędrował bez poręczówki z uniwersum w stu procentach bezpiecznego do uniwersum tak groźnego, że takiej grozy nie zaznał w życiu, ponad miarę pełnym czytelniczych przygód i niespodzianek.

Zaledwie jeden krok – nawet nie krok, jeden klik! – odebrał mu świat doskonale uporządkowany przez zdyscyplinowaną SI. Świat punktów podparcia rozmieszczonych tak idealnie, że zdolny podnieść sam siebie. Świat, w którym każda akcja wywołuję równą jej lecz przeciwnie skierowaną reakcję. Świat, w którym działające na każde ciało siły równoważą się tak doskonale, że każde ciało tego świata pozostaje w spoczynku lub, z rzadka i jakby niechętnie, porusza się ruchem zawsze  jednostajnym, nieuchronnie prostoliniowym.

#

Jeden klik przeniósł Lapsusa w uniwersum chaotyczne ponad wszelkie lapsusowe talenty do opisywania nieopisywalnego. Nie ma tu góry, nie ma dołu, nie ma prawa, nie ma lewa. Nie ma masy ni ciężaru. Oniemiały Lapsus wręcz musi pożyczyć słów opisujących całkiem inną książkę: ach, cóż to za cudownie absurdalna jazda bez trzymanki!

#

Gdyby „Gamedec. Granica rzeczywistości” wymagał usprawiedliwień (nie, nie wymaga) pewnie próbowano by – i pewnie ktoś kiedyś nawet próbował – usprawiedliwić jego chaos tym, że bohater operuje niemal wyłącznie w światach przeróżnych gier, gierek i rozgrywek. Tylko, że to takie głupie gadanie jak gadanie, że skoro w fantasy czarodziej może czarować, to w fantasy „można wszystko”. Rzeczywiście, pierwsze zetknięcie z GamedecVerse przypomniało Lapsusowi pierwsze zetknięcie z „Parkiem Marzeń”, niezwykłym arcydziełem Króla Nudziarzy SF plus Steven Barnes, ale… Znający się na rzeczy wprędce zauważą że, w narzuconych sobie ramach dobrze opisanej magii, „Park Marzeń”, przy całym swym szaleństwie, jest szalenie logiczny. I że sukcesem w jego grze jest odczytanie tej logiki.

#

A „Gamedec”? Gdzie w nim logika? No proszę państwa, proszę sobie brzydko nie żartować! W „Gamedeku” chaos pełni wręcz funkcje szkieletu konstrukcyjnego!

GamedecVerse jest jak miasto, zaprojektowane w pijanym widzie przez naćpanego architekta, którego podczas projektowania brunetka siłą odrywała od blondynek. Jeziorko nie pasuje? No to jeziorko przeniesiemy! Gdyby Lapsus wierzył w swoich czytelników, fizjonomia nieodżałowanej pamięci Jerzego Dobrowolskiego – wymarzonego Torkila Aymore! – ozdobiłby ten wpis na jego blogu.

Wymarzony Torkil Aymore
Wymarzony Torkil Aymore urządza Virtual. Kadr z filmu Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana”.

#

Chaos może być szkieletem konstrukcyjnym czegokolwiek tylko, gdy sięga rangi dzieła sztuki, inaczej oparta na „zasadzie chaosu” konstrukcja zawali się przed powstaniem. Tymczasem „Granica rzeczywistości” jakoś nie chce się zawalić. Tworzące ją niemożliwe figury nie powodują nieodwracalnego zeza, choć powinny od pierwszego wejrzenia, lecz… bawią oczy. Nieistniejące, nie w tej jaskrawości, barwy nie oślepiają, wręcz przeciwnie, wyostrzają wzrok, wołający: „jeszcze, jeszcze”!

Jakże wielka prawda tkwi w słynnym powiedzeniu Chestertona: „W cudach najdziwniejsze jest to, że czasem rzeczywiście się zdarzają”. Bo, patrząc z wyżyn swej wieloletniej praktyki „w literaturze”, praktyki uczącej cynizmu nawet najtępszych, powiem tylko, że tylko cudowi może przypisać, iż to wszystko razem – i więcej, ciągle więcej! – wytrzymało nie tylko próbę lektury, lecz POWTARZALNĄ (dwukrotnie i pół) próbę lektury.

#

Paradoks „konstrukcji chaosu” mamy już zarejestrowany, pora zająć się równie paradoksalną „mechaniką cudu”. Co sprawia, że wyrafinowanego czytelnika nie odrzuca w paroksyzmie mdłości bohater tak zmienny w czasie? W reakcjach na bodźce, od damskich po finansowe i z powrotem? W motywacjach zachowań i zaniechania zachowań? Bohater raz moralny, raz nie, raz chciwy, a raz rozrzutny w sposób, którego nie udało się Lapsusowi uporządkować? „Ten typ tak ma” nie jest żadnym wyjaśnieniem. Nie ma innego typa, który by tak miał i przetrwał poza pierwsze kilkanaście stron, a jeśli jest, Lapsus nie miał przyjemności go poznać.

Co sprawia, że wyrafinowanego czytelnika nie odrzuca w paroksyzmie mdłości nie mający prawa zaistnieć świat? Poskładany z wielu światów przenikających się i rozpychających łokciami? Zachodzących na siebie, za siebie, przed siebie, wyskakujących nad tłum, machających do czytelnika jak dziecko w tłumie: „tato, tu jestem!”?

Co sprawia, że piszącego te słowa wyrafinowanego czytelnika elegancki shit to wszystko obchodzi?

Wyrafinowany czytelnik ma oczywiście jakąś, być może nawet dobrą, odpowiedź na to pytanie. Biorącą się z głębokiego rozumienia mamusinej rady dla synka pilota: „lataj, synku, nisko i bardzo powoli”.

#

Marcin od „Skokowca” to dobry synek. Synek od „śpiesz się powoli”. Od „zanim powiesz, pomyśl” i „lepiej się nie wychylać”. Synek z głową nie od parady. Stworzył książkę – wzór metra z fantastycznego Sevres. Książkę solidną, zebraną w sobie, formalnie (na sposób właściwy SF) wręcz doskonałą. Ja sam – i proszę mi o tym nie zapominać! – polecałem ją przecież bezwarunkowo, awansem, aż do jej części czwartej, której nie zna pewnie nawet autor. A że odpycha mnie od niej to, co zawsze miałem za złe fantastyce, jest tylko moją lapsusową winą.

Moją winą, moją wadą, moją stratą i moim błedem. Za co NIE przepraszam i proponuje NIE wracać do tematu.

#

Marcin od „Gamedeka” jest bardzo złym synem, ale ma serce i duszę pilota. Daje czadu czując całym sobą – a najmniej głową – że im szybciej leci, tym będzie leciał dłużej, dalej, pewniej i bezpieczniej. I nawet kiedyś, może… może jak Chuck Yeager w „The Right Stuff” – książce Toma Wolfe’a „S-kadra” i filmie Philipa Kaufmana „Pierwszy krok w kosmos” – na ten jeden, jedyny moment zobaczy gwiazdy?

Kadr z filmu Philipa Kaufmana "Pierwszy krok w kosmos"
Kadr z filmu Philipa Kaufmana „Pierwszy krok w kosmos”

#

Och, oczywiście, Marcin do GamedecVerse nie byłby sobą, gdyby nie wracał od czasu do czasu do rzeczywistości, ten uroczy mistrz autopromocji w naszym bardzo prozaicznym realu, w którym dobry towar musi chwalić się sam. Od czasu do czasu trąca go coś – nie wiem: sumienie, żona, wierny pies wilgotnym nosem. Trąca i napomina. „No nie, człowiek” – mówią wyraziste ślepia kundla – „literatura to Odpowiedzialność, to Wielka Sprawa, to Idee, to Pomysły na Lepsze Jutro! Tak nie wolno”. I Przybyłek wychodzi z transu. Jego bohater, stronę wcześniej zażywający rozkoszy w ramionach samego siebie – transseksualisty nagle zaczyna walczyć o prawa gnębionych korpoludków, kalekich dzieci, albo przeciw „biskupom”. Silniki się dławią, korkociąg poziomy tuż, tuż, gdy nagle: pabam! Odpaliło! Ufff… Przybyłek wszedł w trans! Jednak lecimy! A nieszczęście było tak blisko.

Tak zwycięża zwykła, prosta, być może nawet lubieżna radość pisania.

#

I tu widzę pewne niebezpieczeństwo. Za parę dni „Gamedec. Granica rzeczywistości” ma mieć wznowienie, podobno „bardzo poprawione”. A do monotonnej pracy redakcyjnej już nie siada się z tak zwariowanym entuzjazmem. Co jeśli, nie daj Boże, autorowi odbije i zacznie naprawiać chodzący zegarek?

Ten nowy lepszy /?/ „Gamedec” ma być pierwszą od „komunistycznych czasów” książką, jaką w Lapsus dostanie gratis od wydawcy, do recenzji. I może nawet spróbuje ją, dla odmiany, zrecenzować? Bo to, co powyżej to przecież tylko opis objawów czegoś, co medycyna nazywa „reakcją paradoksalną”. Piguła ma być na przeczyszczenie, a ty dostajesz od niej adrenalinowego kopa – czy to nie warte opisania?

#

W GamedecVerse jestem z wyboru dziewicą a la Emmanuelle: przeczytałem tylko „Granicę rzeczywistości”. I dziewicy strasznie spodobało to nowe doświadczenie. Oby, in spe kusząco oddziewiczana, była dziewica nie westchnęła kiedyś: „A za pierwszym razem nie bolało”.

Krzysztof Sokołowski.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

PODZIEL SIĘ