Nigdy nie ma się drugiej szansy, by zrobić pierwsze wrażenie i to jest, niestety, święta prawda. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – oczywiście! Ale nikt nie wyrył przecież w kamieniu przykazania, że drugie wrażenia i inna rzeka koniecznie muszą być gorsze. O czym wie każdy szczęściarz, który miał szansę spotkać po latach niezmiennie pierwszą miłość i ucieszyć się, że dorósł, wyprzystojniał i już nie obgryza z nerwów tych nieszczęsnych paznokci.

Ciężar lat, który odebrał mu trochę włosów i dodał trochę brzuszka, nagle przestaje ciążyć.

#

Wyobrażam sobie, że w mniej więcej taką pętlę czasu wpada autor, wchodząc w ponowny związek z książką, z którą przed przeszło dekadą raz na zawsze stracił (pisarską) cnotę. Mądrzejszy doświadczeniem wielu kolejnych związków musi odczuwać straszną pokusę, by naprawić wszystkie błędy aż po najdrobniejszy, taki widoczny tylko dla niego i nikogo więcej. Rzucić zasłonę zapomnienia na wszystkie niezręczności. Zawiązać krawat – sztuka, którą po opanowaniu zasad doskonali wyłącznie praktyka – tak jak to robi dziś, a nie jak to robił wtedy, czyli na supeł.
„Okazać się światowcem” kusi, choć zawsze jest przecież coś za coś. Doświadczenie zawsze odbiera nam wielki atut młodzieńczej świeżości i niezdarnego może, niedocenianego, ale niezastąpionego młodzieńczego wdzięku.

Podobno istnieje coś takiego jak „złoty środek”. Dużo mieli na jego temat do powiedzenia i Arystoteles, i Horacy, ja mogę tylko dodać od siebie, że nigdy go nie widziałem. Bo co zostaje, jeśli odrzucić skrajności? Zostaje nuda, banał i lemowskie „mli, mli”.

#

Pozycję czytelniczą zajmuję zbyt niekomfortową – za mało czasu upłynęło między lekturą „starej” i „nowej” „Granicy rzeczywistości”, przydałoby się jakieś dziesięć lat – by wyrokować ex cathedra. Z tej mojej skromniutkiej pozycji i po wszystkich obowiązujących disclaimerach ośmielę się jednak stwierdzić, że Marcinowi udało się uniknąć co najmniej „mli, mli”. Zapewne próbował, wiem od niego samego, jak wiele wysiłku włożył, żeby „odreadakcyjnić” radosną twórczość redaktorów i swoją własną z dawnych lat, na szczęście te wysiłki nie popsuły niczego, albo niewiele. „Granica rzeczywistości” pozostała przyjemnie szorstka w lekturze. Obawa, którą wyraziłem dobitnie słowami: „Co jeśli, nie daj Boże, autorowi odbije i zacznie naprawiać chodzący zegarek?” jakoś mi się nie spełniła. I to by było na tyle jeśli chodzi o dobro płynące ze znajomości pisarza. Dobrze znać pisarza, jeśli poza tym, że pisze i może nawet na tym zarabia, fajny z niego człowiek, a najlepiej odmiennej płci i z walorami. Ale kiedy zaczyna mówić o swoim pisarstwie, to słuchaweczki na uszy proszę i koniecznie coś raczej głośnego.

#

Sprawą większą, wbrew pozorom nie ważniejszą, lecz z pewnością lepiej widoczną, jest tzw. „światotwórstwo” – termin ohydny, lecz jakoś tam oddający rzeczywistość. Kiedy powstawała „Granica rzeczywistości” GamedecVerse (ten termin, na odmianę, strasznie mi się podoba) nie było, teraz jest i podobno coś trzeba było z tym zrobić. Podobno czytelnicy jako czytelnicy nie wybaczają pisarzom „continuity errors” z taką łatwością, z jaką wybaczyli je „Bladerunnerowi”. Tu znów moja czytelnicza pozycja nie gwarantuje koniecznego obiektywizmu, bo osobiście „contunuity errors” mam w odwłoku. Lubię widzieć fastrygę, choć tylko wtedy, gdy nie jest niedbalstwem, lecz świadectwem „jak to się robi”. Z literaturą jest jak z frakiem: zachwycenie błyskiem nowości to dowód karygodnego dorobkiewiczostwa. Lepiej, żeby służący trochę ci go ponosił i zużył, nim zacznie służyć komu powinien.

#

Na szczęście dla mnie w nowej „Granicy rzeczywistości” tę fastrygę widać. I co więcej pełni znaczącą funkcję dekoracyjną. „Żołnierz”, opowiadanie „bonusowe” (brrr… przez te makaronizmy w końcu umrę z głodu) choć pochodzi wyraźnie z innej, planszowej bajki, sam w sobie jest wystarczająco atrakcyjny, by nie psuć lubieżnej radości czytania. A fragmenty „Podręcznika Gamedeca” to po prostu perełki! Tu gusta autora i tego jego czytacza okazały się doskonale zbieżne. Torkil Aymore już zawsze będzie miał dla mnie twarz, sylwetkę i maniery Jerzego Dobrowolskiego,

Torkil Aymore w grze retro
Torkil Aymore w grze retro

Vivien Lacroix zaś wyobrażam sobie jako chudą, czarną, złośliwą jędzę, do której, słowo honoru, dopasuję coś z rzeczywistości, choćby miało to być ostatnie, co zrobię przed śmiercią. Bo planszówka chyba mnie jednak ominie. Cały GamedecVerse to odrobinę za wiele jak na jedno życie. Niestety.

#

I to jest właściwie to, co mogę pochwalić z czystym sercem. Pozostałą „łataninę”: wyjaśnianie terminu „Gamedec”, poszerzanie i pogłębianie bohatera tak, by lepiej wpasował się w gamedecVersową przyszłość i jeszcze parę rzeczy mam, póki co, za nadmiarową. Tyle, że nie przeszkadza.

Ale to znów mówi ta moja nieszczęsna „pozycja”. Przede mną spory kochany blogerski „stosik” Gamedeców. Całkiem możliwe, że kiedyś zmienię zdanie.

#

Do tej pory porównywałem tylko, tak trochę bardziej dla siebie niż dla wiernego lapsusowego czytelnika, „Granicę rzeczywistości pierwszą”, de facto nieistniejącą, z „drugą”, istniejącą jak najbardziej. Pora spełnić recenzencki obowiązek i powiedzieć coś po prostu, dobitnie i od siebie.

Brać? Brać! Jeśli przypadkiem znasz, czytelniku, „Granicę rzeczywistości” z poprzednich wydań czeka cię trochę nowych wrażeń, wartych doznania. Jeśli nie znasz, masz to, co na okładce: „pierwszą część pięciotomowego cyklu” wpasowaną w cykl w sposób tym wartościowszy, że nie odbiera „Granicy…” uroku staroświeckości. Nie zdrapuje do końca eleganckiej patyny czasu.

Nie jest to może współczesny smartwatch z androidem, ale jest dobra szwajcarska robota. Pokazuje godzinę tak dokładnie, jak trzeba, kiedy chodzi, tyka kojąco i będzie co przekazać wnukowi. Umiesz docenić ten walor, mój wierny czytelniku? Prawda, że umiesz?

Krzysztof Sokołowski.

Jak pisywała moja ulubiona Joanna Chmielewska, ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi. W kolejce czeka przecież „Orzeł biały”.

[Dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

PODZIEL SIĘ