Miałem czekać z tą galerią do ukazania się kolejnego SFinksa, w którym jest – a przynajmniej mam nadzieję, że jak zawsze jest – zgryźliwy felieton zgreda o JEGO (Festiwalu Fantastyki w) Nidzicy. Przyspieszyłem jednak publikację, ze względów czysto koniunkturalnych. Mam dziką ochotę przelecieć się na skrzydłach mikrogównoburzy wokół wrocławskiego Polconu 2016. Którą sam, z wielką radością podsycałem, póki mi się chciało i póki widziałem w tym jakiś sens.  Przestało mi się chcieć i przestało mieć sens szybciej, niż się spodziewałem. Ale jeden pożytek mam z niej niewątpliwy: okazję do wyjaśnienia dokuczliwych nieporozumień.

#

Nie, nie jestem bezkrytycznym wielbicielem nidzickiego festiwalu. W istocie mój SFinksowy felieton Wojtek Sedeńko ma wszelkie prawo wywalić do kosza. Jestem u niego gościem, a nie gryzie się ręki, która cię karmi. I dużym nietaktem jest to, na co sobie pozwoliłem: krytykowanie gospodarza za gościnność, z której się bezwstydnie korzysta.

I nie, nie jestem wrogiem Polconów. Ja ich nawet nie znam inaczej niż z relacji. Ze zbiorów fejsbukowych fotek, dokumentujących nieestetyczną elephantiasis imprezy. Oglądam na nich ogrom nieprzytulnych sal albo żenująco pustych, albo żenująco zatłoczonych, zawsze żenująco zaludnionych w swej budzącej współczucie masie przez stada karnawałowych – w sensie bachtinowskim – przebierańców. No, przynajmniej o nich można powiedzieć jedno dobre: widoczna część jest tym estetyczniejsza, im mniej przebrania.  Co już doczekało się swojej nazwy: „syndrom gołego cyca”. Ale też za dużo jest tych przebierańców, za dużo! Na ten widok LapsusC we mnie natychmiast przypomina sobie opinię Petroniusza Arbitra, którą wysoko ceni: „Ja sądzę, panie, że dziesięć tysięcy obnażonych dziewic czyni mniejsze wrażenie niż jedna”.

#

I LapsusC we mnie natychmiast zadaje sobie pytanie: czy czwartkowe spotkania (i okazjonalne „pogaduchy”) miałyby taką samą jakość, gdyby zamiast Paradoxu gościła je zrujnowana, zarośnięta samosiejką fabryka, brudna od błota i gorzej? Obstawiona dźwigami, które lada chwila mają zacząć przerabiać ją na lofty? Bo to jest pytanie fundamentalne: czy cechą wyróżniającą fantastyki jest – i czy jako cecha wyróżniająca  fantastyki ma być oceniana – heterogeniczna  masa biernych odbiorców, „konsumentów niekultury”, konsumująca ją w jarmarcznym otoczeniu, czy raczej wielokrotnie mniejsza homogeniczna masa odbiorców – fanów, której wspólnym mianownikiem jest przywiązanie do literatury i tego, co się z „ich” literatury wywodzi?

Jedno i drugie na raz, albo po kolei, albo wymiennie, jest niestety w mej opinii niemożliwe. To są opcje wzajemnie się wykluczające. Albo, albo.

#

Bawiłem się nawet pomysłem, by zdjęcia z Nidzicy połączyć w pary z podobnymi zdjęciami z kilku ostatnich Polconów ale odkryłem, że bawić się w to zwyczajnie mi się nie chce. Nie ma po co. Kto chce, zrozumie, kto nie chce, temu nie wytłumaczysz. Poprzestałem więc na kilkudziesięciu fotkach dokumentujących to, o czym tak ładnie napisała Silaqui i o czym pisał Marcin Podlewski w fejsbukowej notce. „Trzeba było strzelić sobie tę (wcale nie tak drogą — kolejny mit), akredytację i przyjechać. Bo przez to Was nie poznałem. I nie pogadałem z Wami. Jasne, zapewne się złapiemy. Kiedyś i gdzieś tam. Przez pięć minut po jakiejś prelekcji na Pyrkonach, gdzie będziecie zaraz pędzić na prelkę numer 50. Ale nie będzie to już pod drzewem Kalborni. W okolicy czarnego jeziora, rozrytego przez księżyc. W jęku ducha starego, Wielkiego Komtura na nidzickim Zamku. I w barze „u Pani Agi” serwującej kotlet schabowy o średnicy pizzy”. Notce, nie posiadającej niestety własnego adresu do zlinkowania; jeśli zyska ten adres, natychmiast się poprawię.

Krzysztof Sokołowski

Obrazek wyróżniający tego wpisu i Galerii Nidzickiej to zdjęcie wykonane przez znakomitego Radka Kota, któremu za możliwość wykorzystania go – i kilku innych – niniejszym serdecznie dziękuję.

PODZIEL SIĘ