Druga część, jeśli można tak powiedzieć, cyberpunkowego bloku z Magii i Miecza, 1977 (pierwsza tutaj). Osobiście uważam ją za niezwykle pouczającą właśnie teraz, po tym, jak to, co mówi Bruce, przetrwało próbę czasu. Wywiad publikuję in extenso, choć zapewne można byłoby go przeczyścić, skrócić i dostosować do współczesnych gustów. Mam w dupie współczesne gusta.

#

Pytanie:
Bruce, jeszcze w tym roku w Polsce opublikowane zostanie „Involution Ocean”***, oczywiście ze wstępem Harlana Ellisona. Czy debiutowałeś rzeczywiście w aż takich bólach, jak to wspomina Ellison? Czy byłeś przez swych przyjaciół niszczony, kopany i w ogóle prześladowany, nim wreszcie ci się udało coś osiągnąć?

Odpowiedź:
Pierwszą powieść napisałem będąc jeszcze studentem; grać w tę szczególną grę rozpocząłem wiec bardzo wcześnie. Jestem dziś weteranem z dwudziestoletnim stażem. Nie powiem, początki mej literackiej kariery nie były aż tak bolesne. Ciężko pracowałem. ale miałem także kupę szczęścia. Harlan Ellison zainteresował się mną po lekturze opowiadania, które napisałem na studenckie warsztaty literackie. Pomagał wielu młodym pisarzom i bardzo się starał ułatwić im publikację. „lnvolution Ocean” powstało jako długie opowiadanie; to jego nalegania skłoniły mnie do rozbudowania go do formy powieści. Elison był zarówno jej redaktorem, jaki moim nieoficjalnym agentem. Młodemu, ambitnemu pisarzowi SF znajomość z Harlanem Ellisonem mogła tylko pomóc. Moje dwie pierwsze powieści nie wzbudziły jakiegoś niezwykłego zainteresowania, ale wcale mi to nie przeszkadzało, nie uważam ich za wybitne. Przez pierwsze dziesięć lat kariery byłem pisarzem niezbyt znanym, jednak świetnie się bawiłem, no i niejako przy okazji uczyłem się rzemiosła. Pamiętaj, pierwszy tysiąc stron to tylko wypracowanie.

P:
Przez pewien czas wydawało się, że wraz z „The Last Dangerous Visions” wystartujesz jak rakieta. Nie wystartowałeś jak rakieta, więc jak właściwie wystartowałeś? Kto w ciebie uwierzył?

O:
W czasach, kiedy uczyłem się na pisarza, najważniejsze było dla mnie to, że poznałem innych młodych autorów z kręgu „Turkey City”. Niewielu z nas przeszło na zawodowstwo, ale przynajmniej dodawaliśmy sobie na wzajem odwagi, byliśmy surowymi sędziami własnych „dzieł” w czasach, kiedy nikomu innemu nie chciało się ich czytać. Do dziś pozostałem wielkim zwolennikiem amatorskich warsztatów literackich, choć sceptycznie odnoszę się do nauki „twórczego pisania” w środowisku akademickim. Jasne, słyszałem o pisarzach „startujących jak rakiety”. Niezbyt dobrze zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że ludzie. którzy w naszym przekonaniu odnieśli sukces z dnia na dzień, przez wiele lat pracowali ciężko, czym reszta świata bynajmniej się nie ekscytowała. Życie pisarza nie musi być zaraz usłane różami, ale pisarzowi nie jest na świecie aż tak źle jak piosenkarzowi malarzowi czy tancerce.

P:
Miałeś kiedyś (a może masz nadal) kogoś w rodzaju duchowego ojca? Twórcę fantastyki, którego śladami próbujesz iść?

O:
Jeśli w ogóle wybierasz sobie duchowych rodziców, muszą być prawdziwie wielcy. Wells, Verne, Stapledon… Tylko, że jeśli chcesz napisać cokolwiek oryginalnego, mocnego, dobrze ci zrobi jeśli z szacunkiem zwrócisz uwagę na swych duchowych braci i siostry, a nie tylko duchowych przodków.

P:
We wstępie do „Schismatrix Plus” posunąłeś się niemal aż do lekceważenie pierwszych swych dwóch powieści: „Involution Ocean” i „The Artificial Kid”. Czy nadal uważasz obie za „ideologicznie niedowarzone”, jak wstęp ten wydaje się sugerować, czy też może mniej satysfakcjonują cię one z literackiego punktu widzenia?

O:
Nie wstydzę się tych książek. Kiedy je pisałem, pisałem najlepiej jak umiałem. Mialem wówczas odpowiednio dwadzieścia i dwadzieścia pięć lat. Nadal piszą do mnie o nich nastoletni fani. Powinniśmy jednak stwierdzić jasno – nie są to najlepsze z moich utworów.

#

P:
We wspomnianym tu wstępie opisałeś także opowiadania z cyklu Shapers / Mechanists jako „najbliższe cyberpunku utwory, jakie napisałem i mam zamiar napisać”. Zmianę stylu zauważa się z łatwością. Skąd się ona wzięła?

O:
Po prostu awansowałem z czeladnika. Wiedziałem, co robię.

P:
A dzięki czemu w ogóle nastąpiła ta zmiana? Przejście od maszyny do pisania do prymitywnego edytora tekstu z pewnością nie wyjaśnia wszystkiego.

O:
Wiesz, tak jak ja to widzę, przejście do maszyny do pisania do komputera miało zdumiewająco wielki wpływ na moją twórczość. Odkrycie edytorów tekstu było wręcz pokoleniowym przeżyciem dla nas, „cyberpunkowców“. Nastąpiła oto formująca kulturę chwila w czasie; chwila, która nigdy się już nie powtórzy.

P:
W takim razie, co miałbyś do powiedzenia o „Islands in the Net“?

O:
„Islands of the Net” to ta moja powieść, która odniosła największy sukces, przynajmniej pod względem komercyjnym. Mija właśnie jedenaście lat, a ona nadal jest w druku. A poza tym, świat dziś znacznie bardziej przypomina świat „Islands in the Net” niż świat roku 1987, prawda?

P:
Jeśli twe utwory z cyklu Shapers / Mechanists były, jak twierdzisz. najbliższe cyberpunku co spowodowało, że odszedłeś od tego kierunku w literaturze science-liction?

O.
Przecież wcale nie musiałem „odchodzić od cyberpunku”. Zmieniły się czasy i ziemia po prostu usunęła się nam spod nóg.

P.
Co spowodowało, że zdecydowałeś się na współpracę z Williamem Gibsonem przy „Maszynie różnicowej”, dziele tak potężnym, że same dla siebie stworzyło podgatunek sf, steampunk?

O:
To nie my stworzyliśmy określenie „steampunk”. Jeśli już przy tym jesteśmy, nie my także stworzyliśmy określenie „cyberpunk”. Zdecydowałem się na współpracę z Williamem Gibsonem, ponieważ i tak współpracowałem z nim od lat. Po prostu aż do owej chwili nie udało się nam znaleźć czasu na napisanie wspólnej powieści. Po napisaniu „Maszyny różnicowej” nie zaprzestaliśmy bynajmniej współpracy. Wymieniamy się na przykład pomysłami. Być może pewnego dnia napiszemy wspólnie kolejną powieść?

#

P:
Na świecie, a zwłaszcza w Polsce, uznawany jesteś za guru cyberpunku. Skoro twe najnowsze powieści, „Heavy Weather” i „Święty płomień”, zgodnie z twymi własnymi słowami, nie są cyberpunkiem, to czym są? Innymi słowy, jak określiłbyś swe miejsce względem pokolenia pisarzy, do którego należysz?

O:
Cóż, jeśli chodzi o „Heavy Weather” i „Święty płomień”, ja nazwałbym je po prostu powieściami science fiction. Jeśli zaś chodzi o miejsce wśród mojego pokolenia pisarzy, jak oni jestem zawodowym twórcą literackiej fantastyki naukowej, który wiele osiągnął i wiele ma jeszcze do osiągnięcia. Oczywiście jestem „cyberpunkowcem“ – określenie to zostanie prawdopodobnie wyryte na moim nagrobku – ale każde tego rodzaju określenie ma wartość wyłącznie symboliczną i o niczym w gruncie rzeczy nie świadczy. Ruchy literackie są bardzo ważne i użyteczne, ale wyłącznie jako środki do osiągnięcia celu, nie jako cele same w sobie. Pisarz ma być lojalny przede wszystkim wobec słów, pomysłów i czytelnika. Polem prawdziwych literackich bojów jest nie zapisana kartka papieru. Lubię dyskusje literackie, krytykę, ale traktuję je wyłącznie jako próbę przed przedstawieniem, jako sposób na uporządkowanie my śli i wyostrzenie pióra, służący do lepszego wykorzystania owej czystej kartki papieru. Sam siebie lubię nazywać po prostu „twórcą fantastyki naukowej”. To dobra, uczciwa etykieta. Moim zdaniem w fantastyce naukowej istnieje jeszcze wiele interesujących i domagających się zaczernienia czystych kartek papieru.

P:
Jakie wyznaczasz sobie cele. Dokąd pragniesz dojść?

O:
To proste – pragnę pisać coraz więcej coraz lepszej science fiction. W tej chwili pracuję nad powieścią o nauce i polityce w Stanach Zjednoczonych pięćdziesiąt lat od dziś. Do końca wieku mam zamiar pisać wyłącznie powieści i opowiadania sf. Na początku XXI wieku napiszę być może kolejną książkę nieliteracką – tym razem o technicznej historii środków przekazu.

#

P:
Misja „Pathfindera“ na Marsie wzbudziła niebotyczne zainteresowanie mediów. Nie sposób nie zgodzić się z tym, że po lądowaniu na Księżycu, jest do drugi wielki krok człowieka na drodze do podboju kosmosu, nawet jeśli krok ten człowiek wykonał posługując się maszynami. W każdym razie wykazano, że badanie innych światów nie musi pociągać za sobą niedorzecznych kosztów (lot na Marsa kosztował zdaje się tyle. co „Wodny świat” Costnera). Podczas pobytu w Polsce manifestowałeś zainteresowanie „rzeczywistością na wyciągnięcie ręki” w odróżnieniu o rzeczywistości „nieznanej“. Podczas spotkania z fanami pokazałeś nawet laptopa i zapytałeś: „kto z was posługuje się komputerem?“ Podniósł się las rąk. Potem zapytałeś: „kto z was był kiedyś w rakiecie?” Nikt nie odpowiedział, więc powiedziałeś mniej więcej tak: „teraz już wiecie, czym powinna zajmować się fantastyka naukowa”. Załóżmy teraz, że odżył „duch ekspansji” i że na tej fali do czytelnika dotrze mnóstwo wspaniałej fantastyki napisanej na jakże wiekowy temat „lot człowieka na Marsa”. Jak sądzisz, czy byłbyś w stanie maszerować do tego rodzaju muzyki?

O:
Krzysztof, zaufaj mi – być może będziemy świadkami fali rewizjonistycznej literatury typu tryumf człowieka w przestrzeni, ale nie znajdziesz w niej nic wspaniałego, będzie dla ciebie drugorzędna, wtórna, wysilona. Jeśli sądzisz, że czasy, w których wynaleziono wyścig w kosmos, były wspaniale pomyśl o tym, jak żyłoby ci się w Gdańsku w 1959 roku. Gagarina wielbili tylko ci, nad którymi wisiała pięść Chruszczowa – obaj są jak awers i rewers tej samej monety. My, Amerykanie, ścigaliśmy się z metą na Księżycu, przegrywając jednocześnie w rozpaczliwej wojnie w Azji oraz pracowicie budując tysiące bomb atomowych. „Wyścig w Kosmos” niewiele miał wspólnego z „duchem ekspansji”, był raczej symbolicznym wyrazem zawodów w kto kogo bardziej wystraszy rakietami. Nie mam nic przeciwko podróżom kosmicznym, nigdy jednak nie zgodzę się z poglądem, że maszyny są źródłem mistycznej transcendencji. Zachwyt to uczucie wspaniałe, ale – podobnie jak narkotyki – może być niebezpieczny, jeśli przesłania nam rzeczywistość. Idealizacja i uwielbienie pocisku niesie w sobie straszne niebezpieczeństwo. Pociski to technika, nie są w stanie odpłacić nam za nasze emocjonalne zaangażowanie w ich sprawę. Statki kosmiczne są romantyczne wyłącznie ze względu na to, że występują tak rzadko. Gdyby każdy z nas miał statek kosmiczny, każdy z nas traktowałby go jako coś w rodzaju samochodu  oczywisty, hałaśliwy i niezbyt bezpieczny element rzeczywistości. Pisarze science fiction powinni przestać wreszcie zachwycać się techniką. Było to dobre na początku XX wieku, ale XX wiek się kończy. Wystarczająco wiele wysiłków poświęcono na oszałamianie nas technoagitką. Nauczmy się wreszcie uczciwości.

#

P:
Nie urodziłeś się „cyberpunkowcem”, czego dowodem choćby dwie pierwsze twoje powieści. Czemu wybrałeś tę drogę? Czy do cyberpunku doprowadziła cię jakaś nieprzezwyciężona siła, czy też po prostu wraz z kilkoma innymi pisarzami przypadkowo odkryłeś tę samą zasadę?

O:
Wiesz, że nie wiem. Po prostu jak najlepiej robiłem to, co w owym czasie wydawało się właściwe. Każde kolejne posunięcie wydawało się właściwe w kontekście. Trzeba pamiętać. że ruchy literackie to ani rządy, ani armie. Ruchy literackie służą formowaniu wrażliwości kulturowej.

P:
Powiedz, proszę, czym jest dla ciebie cyberpunk?

O:
Cyberpunk jest właśnie wrażliwością. Jest sposobem na zrozumienie, jak wyraża się wpływ techniki na społeczeństwo.

P:
Pojawiają się opinie, że cyberpunk to nic więcej niż „hommage” dla Raymonda Chandlera i „film noir“. Że ich źródłem jest chandlerowska z ducha stylistyka „Neuromancera“ i nawiązująca do „film noir“ atmosfera „Blade Runnera“.

O:
Ludzie lubią lekceważyć, a już zwłaszcza uwielbiają lekceważyć to, czego nie rozumieją i o czym wolą nie myśleć. Jeśli pisarstwo Williama Gibsona jest zaledwie „hommage“ dla Chandlera, po co w ogóle czytać Williama Gibsona? Tego rodzaju krytycy powinni pozostać bezpiecznie w latach czterdziestych i nadal czytać Raymonda Chandlera (jeśli w ogóle czytają Chandlera, w co szczerze wątpię). Tego rodzaju krytyczne lekceważenie to tylko niezdarna próba usprawiedliwienia nieczytania cyberpunku. Tymczasem nie ma w tym nic złego. Wielu ludzi nie powinno czytać cyberpunku. Cyberpunk tylko by ich zdenerwował i wystraszył. Cyberpunk nie jest przeznaczony dla wszystkich, a już zwłaszcza nie jest przeznaczony dla ludzi o serduszkach tak miękkich, że przeraża ich i przygnębia sześćdziesięcioletni dziś film noir. Cyberpunk nie jest dla wszystkich. Przecież spora większość ludzi na świecie nie znosi nawet konwencjonalnej, komercyjnej fantastyki naukowej! Ci, którzy maja wystarczająco wiele rozumu by czytać i Gibsona, i Chandlera szybko zorientują się, że nie ma miedzy nimi żadnych podobieństw. Cyberpunk nie jest podgatunkiem literatury kryminalnej. Należy do fantastyki. „Neuromancer” zdumiałby Raymonda Cl1andlera, a z „Maszyny różnicowej“ nie zrozumiałby ani słowa.

#

P:
Ciebie najwyraźniej nie interesuje styl jako taki. Jesteś jeszcze twórcą cyberpunkowym, czy już nim nie jesteś?

O:
Twierdzę, że styl jest jednym z najbardziej znaczących sposobów nazwania wrażliwości właściwej dla danej chwili w czasie. Zwracam wielką uwagę na styl, nie tylko ten literacki, lecz także na modę, architekturę, wzornictwo przemysłowe, muzykę pop, kulturę pop. Twórcy fantastyki naukowej ignorujący te sprawy dla fizyki i matematyki nie rozumieją po prostu rzeczywistości swego społeczeństwa. Owszem. uważam się za twórcę cyberpunkowego, jestem jednak także twórcą fantastyki naukowej, pisarzem amerykańskim, dziennikarzem pop-science i nie tylko. Najważniejsze do doprowadzić robotę do końca i etykietki pojawia się same. Kiedy zaczynasz przejmować się etykietkami przestajesz robić cokolwiek.

P:
Idea „sieci”, centralna w twórczości cyberpunkowej, pojawia się w większości twoich książek; sieć jest w nich co najmniej rekwizytem, jeśli nie bohaterem. Z drugiej strony wiadomo, że „Neuromancer” został napisany na maszynie do pisania i, przynajmniej w owym czasie. William Gibson był komputerowym analfabetą. Istnieje takie powiedzenie: „nie wiadomo, kto odkrył wodę, ale z całą pewnością nie ryba”. Ty umiesz używać komputera i lubisz poznawać najnowsze techniki. Czy nie upośledza cię to, gdy próbujesz przewidzieć trendy rozwojowe sieci lub przynajmniej sposoby jej użycia?

O:
Nie. Najlepszym sposobem przewidzenia przyszłości jest ją wymyślić. Na sieci jestem aktywistą politycznym walczącym o prawo wolnej wypowiedzi i prawa człowieka. Nie mam złudzeń, bym zdołał samodzielnie wykreować przyszłość sieci, ale wielkim błędem jest nic robić nic, kiedy ma się świadomość, że można zrobić bardzo niewiele. Mam dzieci. Wszyscy prawdziwi futuryści mają dzieci. Kiedy masz dzieci, przyszłość przestaje być wyobrażoną krainą baśni. Kiedy masz dzieci, grasz w grę, w której postawiłeś bardzo wiele.

#

P:
Powiedz nam coś o swym życiu prywatnym – rodzinie, pracy dziennikarskiej.

O:
Od osiemnastu lat jestem żonaty. Mam dwie córki. Choć słynę jako typ artystycznego cygana i opowiada się o mnie przerażające plotki, w rzeczy samej me życie prywatne jest spokojne i bardzo uporządkowane. Pisaniem zajmuję się zawodowo od trzydziestego roku życia. Mam czterdzieści dwa lata.

P:
A hobby? Grałeś w gry fabularne. Interesują cię gry komputerowe?

O:
W tej chwili moim hobby jest Internet. Lubię występować publicznie, przynajmniej od czasu do czasu. Jestem bardzo aktywny politycznie w kręgach „elektronicznego pogranicza”. Często podróżuję: Polska, Republika Czeska, Finlandia, Dania, Włochy, Japonia… Pisarze science fiction muszą znać i rozumieć różne kultury i różne sposoby życia. Kiedy bylem młodszy i nie miałem jeszcze dzieci, bywałem mistrzem w różnych grach fabularnych. Gry te to doskonała rozrywka dla ludzi młodych. Są tanie i w pełni wykorzystują klasowe walory młodzieży: mnóstwo wolnego czasu i wyobraźnię. Mam wielu dobrych przyjaciół w przemyśle gier komputerowych. Pracowałem nawet przy kilku grach jako konsultant, żadnej z nich jednak nie opublikowano. Mam wrażenie, że dziś cały ten przemysł coraz bardziej upodabnia się do przemysłu filmowego.

P:
Znani twórcy cyberpunku: Gibson na przykład, a także John Shirley, ulegli czarowi Hollywood. Czy ty miałeś do czynienia z przemysłem filmowym?

O:
Sprzedałem prawa do kilku opowiadań, ale nigdy nie korciło mnie, by pisać scenariusze. To niewątpliwie interesujące zajęcie, ale brak mi czasu na pracę dla filmu. Uważam, że to dość niemądre – zostać scenarzystą – amatorem, skoro w tym zawodzie jest tylu profesjonalistów.

P:
Mógłbyś podać nam jakieś adresy sieciowe – takie, które twoim zdaniem warte są wykorzystania?

O:
Lubię internetowe listy dyskusyjne. Nie sądzę, by World Wide Web była tak interesująca, jak się to powszechnie uważa – są media sprawniejsze w tym, w czym Web jest niesprawna. Lubię alt.nettime, listę europejskich artystów i teoretyków sztuk cyfrowych. Sam prowadzę listę dyskusyjna „Dead Media Project”, poświęconą zbieraniu informacji o wymarłych mediach: jak wyglądały, działały, dlaczego się nie przyjęły. Mój adres sieciowy: bruces@well.com. Polecam bliższe przyjrzenie się stronie www.welt.com

Pytał: Krzysztof Sokołowski

***”Involution Ocean” ostatecznie się nie ukazał , bo go Andrzej Miszkurka nie polubił: MAG zaprezentował swą wybuchową indywidualność już w niemowlęctwie. Mój przekład nadal jest własnością uczciwie płacącego, świetnego wydawnictwa, z którym z przyjemnością współpracuję. Może kiedyś…

PODZIEL SIĘ