Bohdan Petecki – wyjście przed szereg

Bohdan Petecki miał pecha. Urodził się dwa (i pół) pokolenia za wcześnie. Powinien mieć dziś pod czterdziestkę i robić to co robił. Z niewielką pomocą Facebooka uzyskałby status autora bestsellerowego, nagradzanego, honorowanego na konwentach. Może nawet profesjonalnego, czyli łączącego końce za pomocą klawiatury?

Przekonanie to zrodzi się w każdym, kto weźmie do ręki „Wyposażenie osobiste” Marka Oramusa. Wydawniczy proces skazał „Wyposażenie…” na drobny facelifting ale Markowe recenzje z Peteckiego ostały się nietknięte, a ich walor poznawczy jest dziś większy niż był kiedykolwiek. Przez to, że Oramus, krytyk wymagający i w czasach, kiedy o Peteckim pisał, nie da się ukryć, opiniotwórczy, zgłosił pretensje, że omawiany autor pisze prawdzie bardzo sprawnie, bardzo ciekawie, z głową i talentem, ale w jego powieściach brak „drugiego poziomu”. Nie sięga wystarczająco wysoko, choć sięga gwiazd, nie jest wystarczająco głęboki. Brak mu doniosłych znaczeń, ot, taka przygoda.

Dziś, kiedy w fantastyce króluje nieznośna mi „nowa przygoda”: doskonale bezmyślna, cynicznie merkantylna, obnosząca się dumnie ze swą beznadziejną głupotą (nie ma głupoty, jest tylko „mądrość inaczej”) stara „przygoda petecka” rozbłysła słonecznym promieniem. Ujawniła to, czego nikt współczesny autorowi nie dostrzegł. Że „bohater petecki” to nie burkliwy Philip Marlowe kosmosu, efektywnie czyszczący kosmiczne Los Angeles, tylko, jak Marlowe – tak, tak, ten chandlerowski Marlowe! – postać niemal liryczna. Wyposażona w zasady, uczucia, zdrowy rozsądek, ludzkie słabości – supermęski Al ze „Stref zerowych” przed trudną misją idzie do łóżka ze śliczną panienką nie kryjąc przed nią, że to na jedną noc – i umiejąca zrobić z nich dobry użytek. Że przygoda, zawsze u Peteckiego obecna, choć sama w sobie zawsze interesująca, nie służy sama sobie lecz czemuś. Czasami ustaleniu raz na zawsze hierarchii stada („Strefy zerowe”: jeśli obcy nie chcą nas kochać, mają się bać. Jakże niepokojąco brzmi to w naszej epoce preferującej politpoprawność i przeraźliwie lemowskie – „Powrót z gwiazd” się kłania – „mli mli”). Czasami poradzeniu sobie z zaskakująco aktualnym zagrożeniem ekologicznym („Tylko cisza”) lub informacyjnym („Kogga z czarnego słońca”, tu też Petecki brawurowo rozegrał motyw sfery Dysona).

A jeśli temuż bohaterowi przyjdzie robić porządek po naukowcach („Messier 13″) to naukowcy ci nie są jakąś bandą szalonych psychopatów, których nikt zdrowy na umyśle nie wypuściłby z wariatkowa nawet do ogrodu, już nie mówiąc w kosmos, tylko bandą naiwnych entuzjastów… zawsze bystrych, zawsze dociekliwych, a fragmentami jeszcze bardziej estetycznych.

Tak, Bohdan Petecki miał cholernego pecha. Wystąpił przed szereg, a w dodatku zrobił to za wcześnie. Tak dawno, że odmówiono mu nawet honorowego tytułu prekursora. Najwyższy czas oddać cesarzowi co cesarskie. Nic więcej, ale i nic mniej.

Krzysztof Sokołowski

[Dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz