Gdyby w tym, co twierdzi Vox Populi, zawsze była odrobina racji, komu życzy zwycięstwa w tym pojedynku przesądzone byłoby raz na zawsze. Lapsus Calami, pięknoduch i ignorant w dziedzinie „popu”, postać przedprzedwczorajsza z przestemplowanym terminem przydatności do spożycia, urodził się przecież skazany na dokonywanie jedynie niesłusznych wyborów. A już kiedy dochodzi do zderzenia takiej materii z taką antymaterią, Lapsus Calami nie ma szans. Ręka Boga. Predestynacja. Karma.

Nic się nie da zrobić.

Jacek Dukaj. Czy stał się rozpoznawalną marką dzięki sile swego talentu i literackim dokonaniom? O tym można dyskutować, byle nie tu i nie teraz. Marką rozpoznawalną jest i basta. Jak znalazł się „na topie”? Przypadkiem? Czy też siłą talentu? Nieistotne. Jest na topie, potrafi się na topie utrzymać i basta. Kupuje się i dyskutuje to, co napisał nie dlatego, że świetnie napisał lecz dlatego, że napisał Dukaj. Poza wszystkim czym może jest (a może nie?) Dukaj jest literackim celebrytą znanym z tego, że jest znany. Jest stałym elementem krajobrazu. Gdyby nagle znikł poczulibyśmy uwieranie pustki, jak fantomowy ból amputowanej kończyny. Coś byłoby zdecydowanie nie tak, jak było.

Jeśli Jacek Dukaj jest celebrytą – na miarę fantastyki, lecz jednak – to Robert Szmidt jest jej człowiekiem renesansu. Redaktor, w tym naczelny. Wydawca, papierowy, ale i aktywnie promujący w sieci fantastykę w ebookach. Pisarz. Tłumacz. Szmidt jest wszędzie i próbuje wszystkiego ale coś gdzieś nie chce do końca zaskoczyć, bo gdyby go zabrakło, gdyby się wycofał z arenki, gdyby sofy użył tylko do drzemki, co by się zmieniło? Parę osób wyraziłoby zapewne zdawkowy żal, ale tak naprawdę ten delikatny retusz na obrazie fantastyki w Polsce pozostałby niezauważony.

Dukaj nie gra w kulturowe komórki do wynajęcia. Zajął swoją i póki co nikt przy zdrowych zmysłach nawet nie próbuje go ruszyć. Vox Populi uznał, że należy mu się ta komórka jak psu miska. I basta.

Szmidt tymczasem musi się, biedak, uwijać, żeby nie wypaść z gry. Musi robić szum, skupiać na sobie uwagę, uciekać do przodu, wpisywać się w cudze „uniwersa”! A gdy pod stopami robi mu się nieprzyjemnie miękko, musi być gotów wyciągnąć się z bagna choćby i za (własne) włosy. Raz zniknie gdzieś, za horyzontem zdarzeń i może już nie mieć dokąd wracać.

Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, sytuacja może w każdej chwili ulec, przynajmniej teoretycznie, odwróceniu ale póki co „pstry konik” to dla jednego solidny fryz, dla drugiego kapryśny osiołek.

Nie byłoby tych celnych, przenikliwych obserwacji gdyby dwaj tak nierówno obdarzeni przez los autorzy nie spotkali się, dosłownie przed chwilą, w punkcie przecięcia swych odrębnych literackich dróg. Obaj mianowicie niemal w jednej chwili zaeksperymentowali, a co. Wypuszczanie kolejnych „tradycyjnych książek” oraz, ewentualnie, banalnych ebooków przestało im wystarczać. Jacek Dukaj, który na eksperymenty może sobie pozwolić (mam taki mam kaprys i co mi pan zrobi?) wypuścił ebooka na miarę klasycznych ebooków, tyle że interaktywnego i multi – a kto wie, czy nawet nie inter – medialnego. Towarzyszyły temu wydarzeniu widoczna kampania reklamowa przed i znacznie widoczniejsze rozczarowanie po. Z kilkudziesięciu znanych mi z bezpośredniej obserwacji „reakcji czytelniczych” żadna nie była przychylna. Znana (podobno, bo nie mnie) i Podobno Ceniona Pani Redaktor, Obiecująca Blogerka Książkowa, Doktorant Nie Byle Jaki (po angielsku i z klasyka), Młody Pisarz z Powieścią w Kaburze, Starszy Pisarz z Dziesiątką Kosmyków Skalpowych Bestsellerów Wszytych w Zaolejone Dżinsy oraz wielu zwykłych Vox Populów jak jeden mąż skrzywiło się i zaczęło narzekać. „’Starość aksolotla’ to eksperyment nieudany i nie żadna interaktywność przecież, nie żadna ‘medialność’,  tylko książka z hipertekstowymi obrazkami” – orzeczono równie powszechnie co autorytarnie. Uznano pomysł za nietrafiony, mocno przestarzały (dla porównania przywoływano eksperymenty Oldfielda z „interaktywną muzyką”, sprzed kilkunastu lat) i nieprzyszłościowy, ze względu na ograniczenia obowiązujących formatów ebooków. Szczerze mówiąc z opiniami tymi, może z wyjątkiem ostatniej, trudno się nie zgodzić.

„Eksperyment ‘Aksolotla’” Lapsus łyknął z marszu, wysupłując się ze skromnej gotówki. Równie skromnej na „Szczury Wrocławia” nie wysupłał i nie planuje, chociaż Robert Szmidt też zaeksperymentował i to, można powiedzieć, wręcz przeciwnie. Nie bawił się w formę, nie zgadywał kapryśnych nastrojów Vox Popula tylko rozesłał wici: oto zakatrupi w swej książce krewnych i przyjaciół Królika pod warunkiem, że się odpowiednio zalajkują. Następnie, skąpo dawkując wieści z frontu katrupienia, doprowadził do sytuacji takiej oto, że Znana (podobno, bo nie mnie) i Podobno Ceniona Pani Redaktor, Obiecująca Blogerka Książkowa, Doktorant Nie Byle Jaki (po angielsku i z klasyka), Młody Pisarz z Powieścią w Kaburze, Starszy Pisarz z Dziesiątką Kosmyków Skalpowych Bestsellerów Wszytych w Zaolejone Dżinsy oraz wielu zwykłych szarych Vox Populów jak jeden mąż rzuciło się na książkę, by na własne oczy zobaczyć i na własne uszy usłyszeć, jak kto ich szlachtuje, gdzie i czym. Informacjami co z nich wypłynęło, jak pachniało i jakiego było koloru Vox Popule dzielili się obficie w mediach społecznościowych, robiąc Szmidtowi reklamę której, by nie ulec, trzeba być nadczłowiekiem typu jedynego w swoim rodzaju Lapsusa Calami.

Lapsus „Aksolotla” kupił, bo ma zaufanie do warsztatu Dukaja. Nie kupił „Szczurów Wrocławia” bo brak mu – wiem o tym aż za dobrze – miejsca na półkach i w głowie też brak mu miejsca na ryzykowne rozszerzanie palety autorów wartych grzechu. W tym szczególnym przypadku postąpił stuprocentowo alogicznie, ponieważ eksperyment Dukaja od początku miał za udany nie całkiem, a o eksperymencie Szmidta wiedział, że uda się prawie. Zarobił więc nie ten, komu kibicuje, przynajmniej na Lapsusie.

W tej dyskomfortowej pozycji Lapsus będzie trwał do chwili, kiedy z losu swych eksperymentów panowie nie wyciągną jedynie słusznych wniosków. Pierwszy, wykorzystując moce obliczeniowe w tym graficzne oraz pojemność pamięci, może przecież odrzucić ograniczenia sztuczne, wręcz umowne. Niech więc Jacek Dukaj odpłynie w Matrixa nie przyginany ku ziemi marnymi epubami i mobi, a Vox Populi go kupi jak Lapsus Calami kupił i wspólnie z Lapusem zacznie dywagować, jaka powinna być wzorcowa zawartość procentowa książki w książce, skoro w „Aksolotlu” książki było jakby przydużo.

Niech Szmidt ogłosi, że każdy, kto kliknie lajka i zrzeknie się praw, w jego „Szczurach Wrocławia”, tom być może już drugi, będzie mógł umieścić swój autorski tekst o uzgodnionej objętości i tematyce. Może i Lapsus Calami nie zalajkuje, może nie napisze wypracowania na temat – chociaż kto wie? – ale z pewnością kupi. I z pewnością nie wda się w dywagacje, bo w tej siążce będzie uczciwe sto procent książki, choćby i byle jakiej (chociaż kto wie?).

Czyli chyba już wszystko jasne? Sercem, którego podobno nie ma, Lapsus Calami cały jest po jednej stronie. Tej, która „interaktywność” mierzy aktywnością kontaktów między bądź co bądź ludźmi, a nie aktywnością kontaktów między nadawcą komunikatu, a kawałkiem softłeru.

Krzysztof Sokołowski

Zapisz

Zapisz

PODZIEL SIĘ