Będąc młodem pisarzem popełniasz błędy właściwe młodości. Można się na nich uczyć, owszem, ale że lepiej na cudzych błędach niż własnych, o tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać. No więc mam dobrą nowinę dla wszystkich aspirujących: wznowienie „Sennych zwycięzców” Marka Oramusa to okazja do poznania błędów debiutanta, a potem ich uniknięcia. Ostrzeżony, uzbrojony!

Zacząć wypada od oczywistości, coraz częściej rozpoznawanej lecz ciągle nie do końca rozumianej. Najwyższy czas powiedzieć sobie szczerze i otwarcie: koniec marzeń o pochlebnych recenzjach, dziś liczą się tylko recki! Nie śnijcie, o młodzi zdolni, o pochwałach braci i sióstr w papierze, witaj, ero dyktatury blogerów! Marek Oramus miał i recenzje, i uznanie, i podziw kolegów po piórze, miał to wszystko i więcej, każdy chciałby zacząć jak on… ale kto chciałby jak on skończyć? Jego casus niech nam służy za przestrogę. Niniejszem zwracam się więc do was, oramusopodobni, z następującem ostrzeżeniem. W swem własnem dobrze pojentem interesie dostosujta się do poziomy masowego czytelnika, jak pacjent do wymagań młodej lekarki. Ukryjta (jak ja właśnie czynię dla przykłada) najbardziej nawet podstawową znajomość języka polskiego (jeśli ją wam szkoła zaszczepiła) i talent (jeśli choćby podejrzewacie, że gdzieś tam się w was kryje) bo inaczej nie zostaniecie, najzwyczajniej w świecie, przeczytani. Że o rozumieniu litościwie nie wspomnę. I wyryjcie sobie w pamięci głęboko co następuje.

#

Po pierwsze: wasza proza (wyguglać „pan Jourdain”) musi zachować dziewiczą czystość gatunkową. Dopiero osiągnąwszy status Grzędowicza możecie ryzykować ambiwalencje typu: czy ten PLO to fantasy, czy jednak SF (zdania, o ile wiem, nadal są podzielone). Oramus zlekceważył sobie problem, w „Sennych zwycięzcach” nie uwzględnił stałych podgatunkowych: „zmęczenia lotem”, egzotycznych przypadłości genetycznych, legend o Ziemi, pochodzeniu i historii, i proszę, do czego to doprowadziło. „Dziesięciornica” i jej społeczność nie są po prostu wystarczająco typowe, by Masowy Czytelnik (dalej: MC) uznał je za interesujące. Oczekiwań MC zawodzić nie wolno. To grozi złą recką.

#

Po drugie: jeśli obierzecie sobie temat, powiedzmy, „statek-arka” (co z serca odradzam, bo niemodny) nie wolno wam wychylić się ani o włos poza znane wzorce, ustalone za pomocą lektury recek (bo nie książek przecież) oraz ewentualnie, dla pracowitych, gugla i/lub wiki. Odwrotnie, znany wzorzec należy uprościć najbardziej jak to możliwe (a jest możliwe zawsze). MC nie marzy o niczym tak jak o tym, by od pierwszej strony wiedzieć, czym jest ten wasz statek, dokąd poleciał, skąd wraca, wokół czego krąży, a także dlaczego i po co. Nie podacie MC przyjaznej dłoni, to się zgubi po trzecim zdaniu prostym oznajmującym i jeszcze, nie daj Boże, napisze złą reckę.

A Oramus tak brzydko „to wszystko” skomplikował! Zasłużył na swój los. Dostał o co się prosił! Z nawiązką!

#

Po trzecie: jasność, jasność i jeszcze raz jasność! „Ciemność widzę, ciemność!”; ten okrzyk paniki MC jest wyrokiem śmierci na dzieło każdego z was, o aspiranci do Zajdli! Oznacza to, że akcja ma być maksymalnie przewidywalna, prosta i linearna. Nie wolno jednak prowadzić jej szybko, bo grubość (książek) jest w cenie i nie traćcie z pola widzenia zawsze możliwej, wymarzonej kontynuacji. Moja rada: narysujcie, każdy na własne potrzeby i na tym, na czym mu pasuje, linię prostą, a następnie podzielcie ją na odcinki, zaznaczając punkty kolejnymi literami alfabetu. Od A do B: statek leci. Od B do C: bunt na poziomach dolnych/górnych (uwaga: poziomów nie należy dzielić na prawe i lewe! Może to ściągnąć na autora podejrzenie o uprawianie minionej fantastyki socjologicznej!). Od C do D: wyłania się przywódca buntu. Od D do E: bierze sobie laskę. Od E do F: biją się w pierwszym szeregu. Od F do G: zwyciężają / ponoszą klęskę / bój nierozstrzygnięty – to jest w zasadzie obojętne. Od G do H: statek ląduje / wybucha. Od H do I: bohaterowie tryumfują / giną / utajniają się. Polecam to ostatnie wyjście – nazwijmy je „wariantem Drakkainena” – jako że znacząco zwiększa prawdopodobieństwo powstania tomu drugiego… i dalszych.

Tymczasem Oramus co dał swemu czytelnikowi? Nie przymierzając puclę i to taką, do której trzeba szukać kawałków. Błąd! Nie po to przecież czytamy, żeby myśleć! Minus w recce.

#

Po czwarte: jeśli komuś powyższe wydaje się nudne (bo i szczerze mówiąc jest nudne, ale nie dla MC przecież!) może zaryzykować metodę dwóch prostych zbieżnych, po których, od punktu do punktu, poruszają się nasi przykładowi facet osobno i jego laska osobno. Może to ci, współczesny twórco polskiej SF, zdobyć potencjalnie cenną, lecz i ryzykowną opinię „wyrafinowanego”. Punktem przecięcia prostych nie może jednak być, skądinąd oczywiste, łóżko, bo wielbicieli „urban fantasy”, wszystko obiecującej, niczego nie dającej, jest znacząco więcej niż zwolenników podgatunku „statek-arka”, narażać się im – ryzyko.

A Marek Oramus co? Jego bohaterowie nie tylko korzystają z masturbatoriów, ale nawet, o zgrozo, gwendolą! I jak tu marzyć o czytelniczym powodzeniu?

#

Po piąte: Motyw walki powinien zajmować minimum trzy czwarte objętości. Z podgatunku „military sf” (popularniejszego do „statek-arka”) należy wybrać broń, umundurowanie, elementy taktyki. Odradzam korzystanie w tym celu z Heinleina lub Haldemana, bo oni nie mają złudzeń. Zalecam Webera. Byle z umiarem, byle nie zasiać w głowie /?/ MC wątpliwości gatunkowych (patrz: „Po pierwsze”). Bo jeszcze pogubi się w „podgatunkach” i napisze złą reckę?

Zanotujmy, mimochodem kolejny błąd Oramusa. Na „Dziesięciornicy” bunt górnych – przynajmniej tyle – pokładów kończy się nim się zaczął, a trup pada rzadko i jakby niechętnie.

#

Po szóste: bohaterowie powinni różnić się między sobą, bo inaczej MC zgubi się przy trzecim każdej płci i jeszcze napisze złą reckę. Rozróżnianie ich kombinacją cech fizycznych: wzrost, tusza, strój, długość włosów i nosa, a także gęstością kurwienia itp. jest kłopotliwe ze względu na ilość kombinacji, w których mnóstwie mur beton pogubi się sam młody obiecujący. Problem można rozwiązać na trzy sposoby. Pierwszy polega na odwołaniu się do typologii funkcjonalnej. Przywódca to wysoki, szczupły, męski, brunet, typ Kena, laska: wysoka, zgrabna, długowłosa, typ Barbie, buntownik: wysoki, muskularny, sprawny, typ Arnie… kumacie, nie? Drugi sposób to podporządkowanie bohaterów fabule w stopniu możliwie doskonałym. Na wzór fantasy, gdzie wszyscy czarodzieje / czarodziejki, czarnej (granatowej, mrocznej) magii są identyczni i identycznie różnią od czarodziejów / czarodziejek / białej (srebrnej, siwej, jasnej) magii, także identycznie do siebie podobnych. Na szczęście wzór ten da się on zaadaptować do każdego celu. Trzeci sposób jest najprostszy: bohater = „zawód”. Jeśli utrzymamy się w kręgu oczywistości (kto widział komputerowego nerda ratującego statek arkę nie-chudego, nie–piegowatego nie-okularnika, bez erotycznych kompleksów i/lub nie–pedała?) orkiestra powinna zagrać… na jedną prostą nutę, a o to nam właśnie chodzi.

Tymczasem Oramus nie tylko niewystarczająco rozróżnia bohaterów (choć jeden indywidualizuje się garbem), ale też każe „jaźniom” wymieniać ciała, a ciałom jaźnie, wprowadzając karygodne zamieszanie. Niedopuszczalne to, bo przecież reckowicza od MC nie dzieli nic… oprócz rozmiaru ego. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, jaką zaowocuje to recką.

#

Po siódme: język nie może w żaden sposób przeszkadzać oczom w ślizganiu się po słowach. Wymaga to znacznego ograniczenia zasobu leksykalnego, stosowania wyłącznie zdań prostych – ze złożonymi współrzędnymi dopuszczalnymi w drodze wyjątku – ograniczenia, aż do likwidacji, mieszającego w głowie /?/ MC trybu przypuszczającego etc. Ma być prosto, dorzecznie, po wojskowemu. Nie wolno popisywać się grzesznym bogactwem polszczyzny, wzorem Marka Oramusa i „Sennych zwycięzców”. W recce zostnie to skrupulatnie zanotowane jako karygodne wykroczenie („nikt nie rozumie, co oni tam gadają”).

 I to właściwie wszystko. Proste, prawda? Niestety, nieprawda! Założę się, że wielu z was, o aspiranci, po wypróbowaniu choćby części moich rad poczuje się tak, jakby bieg przez przeszkody kazano im uprawiać w worku. Ale… kto powiedział, że pisarzom ma być lekko? Na sukces u MC trzeba sobie zapracować, czego nie zrozumiał nie tylko Oramus. Czy wyobrażacie sobie, o aspiranci, ile kasy i jakie zachwyty wzbudziłby choćby taki Wyspiański, gdyby naprawdę napisał to, co w „Weselu” (to taki scenariusz do niedocenionego filmy fantasy Wajdy) wyczytał ówczesny reckowicz? „Myślą przewodnią tej sztuczki jest zachęcić inteligencję, aby się zbliżała do ludu, a choć nie brak przy tym małych dysonansów, ale całość się kończy pogodnie wesołym oberkiem”.* Oto jest wzór, do którego dążymy. Wzór prostoty… i recki.

Z tą myślą pozostawia was wasz niedoceniony, bo nie korzystający z własnych rad

Krzysztof Sokołowski.

[dla tego wpisu włączone są komentarze]

* [za Boy-Żeleński „Plotka o ‘Weselu’ Wyspiańskiego].

Zapisz

PODZIEL SIĘ