Pewnego roku w Nidzicy, w swobodnej jak mi się zdawało rozmowie, zasugerowałem Jackowi Inglotowi, że mógłby przysłać mi jakąś swoją książkę albo nawet i książki. Ot tak sobie przysłać, bo może przeczytam (jeśli jeszcze nie czytałem), może nawet co napiszę? No i stałem się ofiarą zmasowanego werbalnego ostrzału artyleryjskiego zakończonego krótką salwą brzmiącą mniej więcej tak: „biedni pisarze nie będą finansować bogatych krytyków”.

Nadal leczę się z pobitewnej depresji. Prognozy są dobre.

Zawartość anonimowej szarej koperty, która jakimś cudem znalazła drogę do mej warszawskiej skrzynki pocztowej: „Wypędzonego. Breslau – Wrocław 1945” traktuję jako wyciągniętą do mnie pomocną dłoń. Dzięki, Jacku. Co najmniej upewniłeś mnie, że pisarzom powodzi się już odrobinę lepiej (przynajmniej w proporcji do krytyków).

#

„Wypędzony” jest moim prywatnym antydepresantem z tego przede wszystkim powodu, że nie jest fantastyką. Właśnie dlatego powinni przeczytać go wszyscy „fani”. Dla nabrania dystansu. Jedzenie wyłącznie zupy pomidorowej skutecznie wyklucza możliwość oceny jakości jej smaku. Dla reckowiczów winien być lekturą wręcz obowiązkową, ale wątpię, czy którykolwiek się go dotknie. Reckowicze to nie ludzie chętnie podejmujący wyzwania intelektualne. Przecież oni ich nawet nie rozpoznają!  

Nie będąc fantastyką „Wypędzony” jest antydepresantem także dlatego, ze dzięki niemu wiem już na pewno, dlaczego lubię Inglota czytać. Otóż – okazało się – nie tylko dlatego, że jest doskonałym co najmniej rzemieślnikiem.  Także dlatego, że w swe umiejętności wierzy. Co więcej, podejmuje wyzwania i po nich go od dziś oceniam. Po odwadze wyjścia ze schludnego dwuszeregu „tfurców” może i zdolnych do mierzenia się z jajkiem Faberge, ale malujących wyłącznie śliczne pisanki. „Napisał świetną powieść fantastyczną” – w porządku, to chwalebne, ale czy potrafiłby napisać świetną po prostu powieść? To pytanie podstawowe, ponieważ fantastyka jest do tego stopnia wewnętrznie skodyfikowana, że przymiotnik „świetna” dotyczy raczej sposobu wpasowania się w konwencję niż sposobu pasowania się z konwencją. Czyli to, co świetne, jest najczęściej świetnie wtórne.

Stawiam tezę, że pisarza fantastyki można nazwać „świetnym” (lub nie można) dopiero wtedy, kiedy podda publicznej ocenie coś niefantastycznego.

#

Co nie oznacza, że wobec „Wypędzonego” należy z automatu stosować taryfę ulgową, bo to w końcu dzieło „gościa” stamtąd i dobrze, że w ogóle umie pisać i nie o zielonych ludzikach. Skądże znowu. Dla porządku warto zauważyć, że nośny bo nośny i rzeczywiście sprawnie zrealizowany wątek sensacyjny: prześladowanego AK-owca, który ucieka na Ziemie Odzyskane gdzie, jako milicjant, próbuje bronić prześladowanych i karać złoczyńców niezależnie od ich wzajemnej denominacji, mocno trąci westernem z dobrym „tajemniczym jeźdźcem” z przeszłością w roli głównej. Swobodny skok z konwencji w konwencję to jednak wybór dobrze oznaczonej drogi: choćbyś chciał, nie zabłądzisz, a w kieszeni GPS. Wydaje się, że jest to, na szczęście, wybór świadomy. W każdym razie opisy oceanu ruin odsyłają wprost do obrazów oceanu prerii… takich z „Tańczącego z wilkami”. 

Ponad akcją unoszą się rozważania o winie i karze. O tym, że indywidualna kara to nie do końca sprawiedliwa odpłata za zbiorową /?/ winę. Padający a propos cytat „I Niemcy są ludzie” odbiera tym rozważaniom oryginalność, ile mogło by jej być. Jest trochę tak, jakby Jacek przestraszył się obrazoburczości, założył z góry, że jeśli go mają skopać, to za tych ludzkich Niemców i nieludzkich Polaków. Nie próbował sięgnąć dalej niż wzrok i jeszcze wykreował sobie alibi, tak na wszelki wypadek. Polacy są źli i bywają dobrzy, Niemcy są dobrzy i bywają źli, a Rosjanie są po prostu źli. Trochę to takie zbyt komfortowe, zbyt przytulne i cieplutkie, i przez to budzi nieufność.

Ale jest też w „Wypędzonym” coś unoszącego się jeszcze wyżej, ujmującego i zamykającego w sobie wszystkie jego poziomy, warstwy, czy jak kto zechce to zwać.

#

Genius loci. Duch miejsca.

Jacek zamknął swój Wrocław przed światem jak Reymont zamknął Lipce, jak powódź zamyka półwysep, aż na jakiś czas staje się wyspą, gdzie rzeczywistość jest nieco inna niż ta dobrze nam znana z autopsji i inne są rządzące nią prawa. W tak zamkniętym, swym własnym Wrocławiu, wszystkie uproszczenia i wszystkie banały nagle zyskują prawo do życia, zyskują wręcz obowiązek życia. Prostota jak konstrukcji cepa to już nie jest literacka wada, to nieodłączna, naturalna cecha świata przedstawionego. Wybory moralne muszą być absolutnie jednoznaczne, jeśli dokonuje się ich z lufą przy skroni pod knajpą, na drzwiach której wisi list gończy „Poszukiwany żywy lub martwy, lepiej martwy”. Charaktery muszą być tylko „czarne” albo tylko „białe” (bądź możliwie najbardziej schematycznie czarnobiałe), gdy na dokonanie oceny ma się tyle czasu ile ma go kula licząc od ściągnięcia spustu do trafienia w cel.

Genius loci. Jacek skorzystał z westernu, bo western wyspecjalizował się w ukazywaniu zamkniętych społeczności rządzących się własnym bezprawiem, bo western sam się tu narzuca. Widział, co chce zrobić i jak, a to, co zrobił, zrobił lepiej niż dobrze: kompletnie, spójnie, przekonywująco. I ciekawie, tak, żeby chciało się czytać, a bez tego wszystko inne jest nieważne.

#

Ale… wybierając czas: okres tuż powojenny, wybierając miejsce: zniszczone, odbudowujące się miasto, stanął wobec wyzwania któremu nie mógł sprostać. Powojenna Warszawa, warszawski ćwierćświatek, „Zły” Tyrmanda… w konkurencji z nim można tylko przegrać. Pozycja arcydzieła jest zajęta na zawsze, choćby wszyscy o Tyrmandzie zapomnieli.  

Mimo to Jacek Inglot, pisarz – fantasta, zdobył się na odwagę zrobienia czegoś trudnego bez balkonika przydatnych chwytów i schematów. Zrobił to wystarczająco dobrze, żebym od dziś zaczął kupować wszystkie jego książki za uczciwą, księgarnianą cenę. Bo fantastyka to już do dla niego kaszka z mleczkiem. W te klocki może być tylko lepszy.

Krzysztof Sokołowski

[dla tego wpisu włączone są komentarze]

Zapisz

PODZIEL SIĘ