Z góry wiedziałem, że nie wytrzymam. Innym daję dobre rady, sam z nich nie korzystam – wiek nie wiek, odruchy mam dziecięce. Jak przysiadłem z „Małpami Pana Boga II” na kolanach i kawą ot tak, zobaczyć, co jest w środku i czy ten ciężar wart dźwigania, tak z nimi siedzę. Leżę. Z kawą. Na kolanach. Czas płynie mi szybko i całkiem przyjemnie.

Paru rzeczy już się nawet dowiedziałem, dzięki czemu „Małpy… II” mogę z serca polecić wszystkim, ze szczególnym uwzględnieniem tych, którzy zechcą zderzyć je z wydanymi przez Solaris niebeletrystycznymi książkami Marka Oramusa. Bo w tym rzecz, że Parowski i Oramus, Oramus i Parowski, są jak dwie strony jednej monety. Awers i rewers, tylko nie wiadomo, który jest czym. Obaj są popolitechnicznymi inżynierami. Obaj po studiach wzięli się za dziennikarkę. Obaj zgrawitowali ku krytyce – krytyce fantastyki – zwabieni jej siłą przyciągania, a może raczej syrenim śpiewem? Obaj okazjonalnie orzą poletko, nad którym częściej polatują, badając z niebios co też się tam dzieje.

Obaj to, co robią, robią świetnie. I każdy inaczej. Kierunek ten sam, tylko zwrot przeciwny.

#

Co to ja pisałem o Oramusie? Że jego siłą jest teoria, której nie ma? Że bezgranicznie ufa własnemu instynktowi krytycznemu, własnemu gustowi i że pozostaje mu wierny bez względu na okoliczności? No tak, oczywiście. Wówczas nie przyszło mi do głowy określenie, które przyszło mi do głowy z okazji – może i brzmi to dziwnie, ale dobrze opisuje realia – zderzenia z „Małpami…”: Oramus jest inżynierem o duszy artysty, Parowski artystą o duszy inżyniera.

Nie, nie przeczytałem dwóch opasłych tomiszcz „Małp… II” od deski do deski i nie sądzę, bym je kiedykolwiek przeczytał. Nie jestem DaVincim – inżynierem-artystą – nawet fantastyki. Odpuściłem sobie komiks, przynajmniej na razie. Odpuściłem sobie multimedia. Dziarsko pogwizdując, czasami nawet z podziwem, maszeruję przez część filmową, część poświęconą kinu. To mi daje dobry ogląd, że tak powiem, krajobrazu, a raczej jego części, bo droga przede mną daleka.

Jest to krajobraz, najłagodniej mówiąc, urozmaicony.

#

Ciągle nieco zgubiony wśród skarbów tej smoczej jaskini idę tropem okruszków chleba, pozostawionym przez łaskawego smoka. Pierwszy kufer złotych monet: „Kino Nowej Przygody”. Oj, niedobrze, choć Maciek nie ponosi winy za to, że razi mnie ten nonsensowny termin. Przygoda nie dzieli się przecież na „starą” i „nową” tylko zwyczajnie: albo jest albo jej nie ma. A nie ma przygody tam, gdzie jej prostotę likwiduje z precyzją Bourne’a efekt specjalny i drugi zilion dolców w reklamę. Pozostaje wystawny, lecz na dłuższą metę nużący cyrk. Kto lubi ersatze ten szczęśliwy, a lemingi lubią. Kino „Nowej Przygody” to pułapka na lemingi, stąd jego fenomenalny „box office”.

Maciek niby nie zwraca na to uwagi; „Nowa Przygoda” jest przecież kategorią teoretyczną uznaną przez samego profesora Szyłaka, więc coś tym musi być. Ale coś musi być i w tym, że z okazji „Nowej Przygody” rozpaczliwie ucieka od… filmu. Z dwudziestu, o ile dobrze liczę, pomieszczonych w tym rozdziale tekstów, czternaście, o ile dobrze liczę, to teksty o… książkach o kinie, i to wcale niekoniecznie o kinie „Nowej Przygody”. Takie metateksty, można powiedzieć. I dziwne w nich materii pomieszanie. Rewelacyjny wywiad z… Irzykowskim obok „Guinessa księgi filmów – faktów i osobliwości”. „Encyklopedia filmu science fiction” Krzysztofa Loski (wydawnictwo Rabid, Kraków, a ja myślałem, że nazwy śmieszniejszej od CIA nikt nie wymyślił) obok „Dziejów grzechu. Surrealizmu w kinie polskim”. Monografie Kubricka i Lyncha obok doskonałego, króciutkiego felietonu o Piotrze Szulkinie. Obecność „Nowej Przygody” daje się zauważyć wyłącznie w cytatach, takich jak rzucające na kolana twierdzenie, że po Tarkowskim i Kubricku filmowa fantastyka, „zamiast bawić się w powtórki […] szła gdzieś w głąb, w kino synkretyczne, inne, niby naiwne, bo robione przez twórców o mentalności chłopców…”. W głąb? Hmmm… nie prościej było stwierdzić, że spikowała, skraksowała, wbiła się w ziemię i do tej pory tkwi poniżej poziomu zero, od czasu do czasu pukając od spodu w dno wklęsłe?

Otóż nie, nie prościej. Bo to by była konstatacja o charakterze estetycznym, a tych Parowski unika jak ognia. On nie ocenia, on buduje teorie, wznosi gmach… a na co konstruktorowi katedry urodziwy głazik? Głazik trzeba ociosać, żeby pasował na przeznaczone mu miejsce.

#

„Nowa Przygoda” rozkwita nam w pełni po siedemdziesięciu z górą stronach, w rozdziale „Obcy w lustrze. Filmowe przekroje”. Kolejny kuferek, kolejny ładunek złota. Dwadzieścia trzy teksty, jeśli dobrze liczę i na początek pean ku czci „Gwiezdnych wojen”, zderzonych z niewiadomego powodu, z moroderowską edycją „Metropolis” Fritza Langa*. I znowu muszę przecierać oczy ze zdumienia. „Ciekawe, że mamy w ‘Gwiezdnych wojnach’ elementy diagnozy, podobne do tych, które zawarli w swych książkach George Orwell […] i J.R.R. Tolkien…”. A o prequelu: „Trzeba przyznać, że nowa seria pokazała, iż całość nigdy nie była pomyślana jako kino wyłącznie dziecinne. Podobnie jak inne mądre bajki – od Andersena, poprzez Braci Grimm, aż po ‘Bajki robotów’ Lema”. Gdybym chciał kpić, miałbym świetną okazję. Nie kpię, bo rozumiem, co kierowało Maćkiem: konieczność upakowania sztandarowego dzieła „Nowej Przygody” w system „progresji kina fantastycznego”. Poza jakością wszystko się zgadza, ten film fantastyczny rzeczywiście „odświeżał, rekonstruował właściwie, kino naiwne, komiksowe („Gwiezdne wojny” wzorowano na starych filmach o Flashu Gordonie […] Tę baśń o zwycięstwie sił dobra, prostoty, natury [sic!] nad zmechanizowanym Imperium wykreowano środkami technicznie bardzo wyrafinowanymi”. To, po co wykreowano i właściwie co (de facto kpinę z SF na jakiej się autor wychowywał) – o tym ani słowa, a jeśli, ukryte tak głęboko, że jeszcze go nie znalazłem. To nie wydaje się Maćkowi takie znowu ważne.

Przygotowawszy sobie grunt, wmurowawszy tę „Nową Przygodę” w system współczesnego kina fantastycznego, uwolniwszy się z okowów pracowitego „kreowania ogólnej teorii filmowej fantastyki” Maciek może rozwinąć skrzydła. Przy okazji opisania „robota w kinie”, przy „Terminatorze”, przy „Bladerunnerze”, pojawia się i Asimov, i „Obcy – ósmy pasażer ‘Nostromo’”: klasyk obok dzieła niewątpliwie artystycznie wartościowego. „Wielką przygodę w kosmosie” ubarwia Żuławski i „2001 – Odyseja kosmiczna”. „Rycerz” Lecha Majewskiego współistnieje sobie zgodnie z „Cube”, „Matrix” z „Nikitą”, „12 małp” z niezłym wyborem horrorów, z wyraźnym wskazaniem na Cilve Barkera. Gdzieś w tle przemyka „Rollerball”, ten Normana Jewisona**. I znów: „zasada konstrukcyjna” jest jasna. Umieszczenie w tym kontekście Lucasów i Spielbergów naszej ponurej codzienności dodaje im sznytu. Dostali zaproszenie na wernisaż pełen źle dobranych, zwariowanych, ale jednak szacownych gości. Mogą się pokazać. Mają co wpisać sobie w artystyczne CV.

#

Doskonale pasuje do tego wywiad z Juliuszem Machulskim. Zupełnie nie pasuje do tego prawdziwy skarb, taki, dla którego zarzucam sobie na plecy cały ten kufer z dobrodziejstwem inwentarza. Rozmowa z Piotrem Szulkinem, uderzająca z siłą kuli burzącej, bezbłędnie trafiająca w sedno. Doskonale przeprowadzony, pozbawiony zbędnych pytań, ten wywiad byłby uboższy gdyby ująć z niego jedno słowo. A że wali konstrukcję, której budowę śledziłem i będę śledził z zapartym tchem, że ośmiesza to, co uchodzi za szczytowe osiągnięcia filmu fantastycznego na przełomie wieków… cóż, wielką zaletą Maćka Parowskiego jako krytyka jest to, że nawet dla niego – urodzonego teoretyka, artysty z duszą inżyniera, „magis amica veritas”. Zresztą wywiad z Szulkinem ma wszelkie prawo zginąć w tłoku.

Na tym kina w pierwszym tomie drugich „Małp” koniec. Ustępuje miejsca komiksom, multimediom i wszelkiemu innemu drobiazgowi. Za to drugie drugie „Małpy” to już sam film, na odmianę uporządkowany chronologicznie, od – bagatela! – 1985 roku do – bagatela! – 2012 roku. Melduję uprzejmie, że jestem w trakcie. Jeśli znajdę tu coś, co potwierdzi mą tezę: że autor, zmuszając się wielkim wysiłkiem woli do skrępowania zjawiska pod nazwą „filmowe fantastyka” teoretycznym gorsetem, postawił się w sytuacji akrobaty igrającego na linie w kaloszach, nie omieszkam wspomnieć o tym na piśmie.

Jedno już mogę stwierdzić z cała pewnością: po tej smoczej jaskini opłaca się wędrować własnym szlakiem, na własną odpowiedzialność. Skarbów – mówię to bez śladu ironii – starczy dla każdego. Ba, kiedy już z niej wyjdę, z pewnością do niej powrócę.

#

Parowski i Oramus, Oramus i Parowski – szczęśliwa ta fantastyka, mając takich krytyków. Tak komplementarnych krytyków! Głupia będzie, jeśli ich nie wykorzysta, raz, drugi i trzeci. I wszystkie następne.

Krzysztof Sokołowski.

 * Tu wypada od razu sprostować błąd: w „Metroplis” Morodera nie ma „muzyki Queen”. Jest autorska kompilacja utworów i Queen, i Bonnie Tyler, i Adama Anta, z koronującą dzieło przepiękną „Cage of Freedom” Jona Andersona.

** Przy okazji wzmianki o „Rollerballu”: w tym filmie nie ma „amerykańskich zapasów”, jest skrzyżowanie „Roller Derby” z futbolem amerykańskim. Sportowcy poruszają się nie tylko na wrotkach, także na motocyklach. A sam film (ten z 1975 roku) słynny jest co najmniej z kilku przyczyn. BMW (na którego terenach kręcono Rollerball) ku przerażeniu Caana i Jewisona rozważał na serio utworzenie i sponsorowanie ligi rollerballu w Europie, tak kompletne opracowano reguły gry. Obsada świetnie się bawiła rozgrywając mecze w przerwach między zdjęciami, a sam Caan doskonale świadom, że bez nich filmu by nie było, skłonił reżysera do umieszczenia na „liście etatów” wszystkich kaskaderów, po raz pierwszy w poważnej hollywoodzkiej produkcji.

Zapisz