Zaczynamy od początku, choć początek wygląda zniechęcająco: same daty i obce języki. Ale innego wyjścia nie ma.

1937: „The Hobbit, or There and Back Again”.
1938: „The Sword in the Stone”.

1954: „The Fellowship of the Ring”.
1939: „The Witch in the Wood”.

1954: „The Two Towers”.
1940: „The Ill-Made Knight”. 

1955: „The Return of the King”.
1958: „The Candle in the Wind”.

1977: „The Silmarillion” [wydanie po śmierci autora].
1958: ”The Once and Forever King” (kompilacja po autorskiej redakcji i ujednoliceniu).

1980: „Unfinished Tales” [wydanie po śmierci autora].
1971: „The Book of Merlyn” [1941 r. wydanie po śmierci autora].

1983 (do 1996): „The Book of Lost Tales”, dwa pierwsze tomy dwunastotomowej „The History od Middle Earth”, wydanie po śmierci autora.

Innego wyjścia nie ma jeśli chce się zdefiniować zjawisko objawiające się w ten sposób, że do mniej więcej połowy tytułów nazwisko autora przypisze bez wahania i bez guglowania dziewięćdziesiąt procent czytelników fantastyki, może nawet dziewięćdziesiąt dziewięć. Do pozostałych bez wahania i bez guglowania nazwisko autora przypisze może dziesięć procent czytelników, a może tylko jeden? Jest to tragedia… na swój może i drobny, może i nieważny sposób; dziś, kiedy czytanie książek stało się cnotą samo w sobie, to co uważam za cnotę fundamentalną: rozróżnienie lepszych i gorszych, wydaje się dzieleniem włosa na czworo. Mimo że piastuję tę cnotę jako członek mniejszości do mierzenia mikrometrem ośmielę się powiedzieć z cała odpowiedzialnością: różnica poziomu literackiego dzieła T.H. White’a i J.R.R. Tolkiena po prostu bije po oczach. Każdego, który potrafi ją dostrzec. Czyli niewielu.

#

Nie, nie zamierzam kalać gniazda, podrzynać gałęzi, dolewać oliwy. Od dawna wiem, że dzieło Tolkiena ojca nigdy nie szukało sobie godnego miejsca w porządku literackim, a troska o zasobność portfela Tolkiena syna przekreśliła jakiekolwiek – choćby i złudne – nadzieje, że je przypadkiem znajdzie. Już w 1985 roku miałem przyjemność pisać, że na tym polu to Tolkien akurat nie walczył, a wskazówką główną użycie przez niego – i spopularyzowanie – terminu „mitopeja”.

Popularność Tolkiena nie jest mi więc solą w oku, już raczej fenomenem wartym zbadania do głębi. Solą w oku jest natomiast klęska White’a na polu czysto literackim. Nie powinna tak z kretesem przegrać tak wirtuozerska wariacja na tematy arturiańskie, nawet mając przeciw sobie Disneya, który nieodwracalnie skaził recepcję pierwszego tomu „Był sobie raz na zawsze król”. U Disneya nic nie pozostało ze sposobów, na jakie Merlin, przybysz z przyszłości, poruszający się pod prąd czasu, uczy małego chłopca władzy, odpowiedzialności za władzę, uświadamia jej ciężar i wpaja naukę moralną znaną z pod pojęciem „chivalry” – rycerskości (patrz Maria Ossowska: „Etos rycerski”)… ale to wszystko tam jest. I pozostaje przez kolejne tomy do końca, wagnerowski akord pięknego i zarazem tragicznego koncertu.

#

Lecz mimo piękne ideały, mimo marzenia i poniesione trudy realizacji tych marzeń, mimo nauki Merlina, sam król wraz z wszystkimi bliskimi sobie, Okrągły Stół, Camelot muszą ponieść klęskę i zniknąć, pozostając zaledwie pięknym marzeniem; w sposób jakże dla niego charakterystyczny, z przymrużeniem oka, White każe pojawić się w „Księdze Merlina” samemu Thomasowi Mallory. Artur wyrósł z energicznego, entuzjastycznie nastawionego do życia chłopca na inteligentnego, dzielnego, mającego wielki cel w życiu mężczyznę, lecz mężczyznę, na losie którego kładą się cieniem grzechy jego samego i jego przodków. Podobnie jak sam władca, pod piórem White’a ożywają też inne „arturiańskie archetypy”, a żyjąc jako ludzie niejako mają prawo, wręcz obowiązek błądzić i cierpieć. Lancelot nie jest pięknym rycerzem, lecz człowiekiem kryjącym wstydliwe sekrety, cierpiącym i chorobliwie kompensującym to, co uważa za nieakceptowalne, doskonałością rycerskiego rzemiosła. Morgana cierpi na nadmiar kobiecego temperamentu, jej latorośle nienawidzą się do szaleństwa, Galahada rycerze nie cierpią, bo jest tak doskonały, że wręcz nieludzki. I inaczej być nie może, bo nad tą wersją najsłynniejszej rycerskiej legendy unosi się duch Orestei… może nawet z jej happy-endem? Bo przecież Artur jest królem „na zawsze”, a dobre uczynki mogą, choć tylko mogą, przeważyć w końcu nad złymi mocami.

#

W „Był sobie raz na zawsze król” nic nie dzieje się dlatego, że musi, a wszystko podlega literackiemu porządkowi wynikania. Wynika ze wzajemnego stosunku zdarzeń tworzących akcję, świata, w której zdarzenia się dzieją, z przeżyć pełnych, kompletnych bohaterów. Nic nie jest pozostawione przypadkowi jak u Tolkiena, no ale w porządku mitycznym nie musimy pytać, jakim cudem Jedyny Pierścień roztapia się w ogniach Góry Przeznaczenia w ostatniej chwili; gdyby Gollum musiał przegryzać palec Froda na dwa razy, konstrukcja „Władcy pierścieni” rozpadła by się jak domek z kart. Porządek literacki tym różni się od mitycznego, że nie znosi deus ex machina… i od White’a jej nie dostaje.

Bogaty – w odróżnieniu od tolkienowskiego, mdławego, a okazjonalnie uroczystego (byle nie poetyckiego, proszę) – i doskonale w swym bogactwie kontrolowany język tego pisarza potrafi przenieść nas w czas i miejsce akurat tej, akurat takiej Anglii, w tym akurat fragmencie czasu. Potrafi rzucić nas w jej środek. Sprawia, że nawet tak dalekie współczesności pojęcie „chivalry” staje się zrozumiałe… choć „Etos rycerski” to dla wielbiciela fantasy lektura obowiązkowa. A jeszcze – i też w odróżnieniu od Tolkiena po Skibniewskiej (i Radku Kocie) – White ma tę zaletę, że autorką całości znakomitego przekładu jest nie kto inny niż Jolanta Kozak.

#

A jednak „Był sobie raz na zawsze król” zatonął jak rzucony w morze kamień, pozostawiając po sobie zaledwie rozchodzącego się po powierzchni fale. Jest jeszcze jednym dowodem na to, że jakość nie ma nic wspólnego z popularnością typu „box-office”, a jeśli ma, to jest do niej odwrotnie proporcjonalna. Zjawisko, skądinąd fascynujące… i warte zbadania.

Krzysztof Sokołowski.