Kiedy masz problem, szukaj rozwiązania u starożytnych… ale już starożytni nie bardzo wiedzieli co zrobić z tym problemem, a udzielone przez nich rady brzmią podejrzanie podobnie do: „ja ci radzę jak przyjaciel, rób co uważasz za stosowne”. Z jednej strony „o tempora, o mores”, oczywiście, ale za to z drugiej „nihil novi sub sole”, a z trzeciej „tempora mutantur et nos mutamur in illis”: manifest skrajnej bezradności ujęty w zgrabny heksametr. W przekładzie dowolnym brzmi to odpowiednio: „wszystko się wali, a mnie się to nie podoba”,  „wszystko zawsze się waliło, a jakoś ciągle stoi” i „jak nie możesz budować, dołącz do burzących”. Osobiście nie jestem szczególnie przywiązany do żadnej z tych mądrych rad, ale tylko jednej z nich nie szczerze nie lubię: ostatniej. 

Nie mam zamiaru się przyłączać. Mogę pójść – i szedłem – na niejeden kompromis, ale za cholerę nie zgodzę się na tandetę. Bo to jest chyba słowo kluczowe: tandeta. A zjawisko, które to słowo opisuje, czyni dziś fantastykę niszową; przynajmniej moją fantastykę. 

#

Kiedy zaczynałem z nią przygodę i przez większość czasu, który poświęciłem fantastycznej literaturze, fantastycznemu filmowi, fantastycznej sztuce, fantastycznym grom: planszówkom, RPGom, grom komputerowym, miałem świadomość, że zajmuję się zjawiskiem kultowym. I to mi odpowiadało, nawet bardzo odpowiadało. Kultowość oznaczała coś, co w odróżnieniu od większości kolegów po literaturoznawczym fachu ceniłem wysoko: definiowanie się przez świadomą odrębność od konformistycznego świata, opisywanie go z dystansem, pozwalającym zobaczyć nie tylko drzewa, lecz las z mnóstwa satysfakcjonująco różnych drzew, reagowanie na „ból istnienia” nie darciem szat, lecz raczej kabaretową kpiną, dystans do samego siebie, ale i ciągłe podejmowanie intelektualnych wyzwań. Z definicją „od wewnątrz”, przez tzw. „poziom artystyczny” bywało różnie (do tej pory uważam za złych pisarzy i Zajdla, i… Tolkiena), za to definicja „od zewnątrz”, przez to, co różni „nas” od „nich”, dawała się sformułować bardzo prosto. I była, co powtarzam dla dobitności wywodu, bardzo dla fantastyki pochlebna. 

Czego przykładem choćby faktyczne niszczenie przez fandom Jacka Sawaszkiewicza za to, że w swojej fantastyce mieszał diagnozę świata z czystą rozrywką w proporcjach, które uznano zbiorowo za przesolenie rozrywką i nie zaproszenie za mojej pamięci, na choćby jeden konwent, przypominanego dopiero dziś i pośmiertnie, znakomitego Bohdana Peteckiego. Wszyscy go czytali ale, można powiedzieć, „ukradkiem”. To nie był „nasz człowiek”. Jak na przyzwoitą fantastykę bujał nieco za wysoko ponad dopuszczalną górną granicą obłoków. 

#

Jest dziś przekonaniem powszechnym, że wówczas, przed umownym 1989 rokiem wahadło odchyliło się od pionu, więc teraz musi do pionu powrócić, a fantastyka bawić i być „dla mas” (jakby wtedy nie była). Jak zwykle nie zgadzam się z „powszechnym przekonaniem”. Dla mnie to był pion, a za jego niedopuszczalne odchylenie mam rozdymanie konwentów ponad wszelkie rozsądne granice byle czym i byle kim, wydawanie jawnej tandety żenująco promowanej jako fantastyka i – co gorsza – jako fantastyka kupowanej, a nawet nagradzanej i aspirującej do nagród, i w ogóle sytuację opisywaną jako „czytelnik decyduje, musimy dać mu czego chce”. Pion jest wtedy, gdy pisarz, czy też w ogóle twórca, robi jak najlepiej to, co mu sprawia jak największą frajdę i przekonuje do siebie „end usera”, nie wtedy, kiedy robi „podaj łapę” jeszcze przed wydaniem przez tegoż komendy i chyba jest w tym przekonaniu coś wartościowo drażniącego, skoro podejmuje się z nim polemikę wyłącznie, ujmując to najuprzejmiej, pozamerytoryczną. 

Nie, nigdy nie twierdziłem, że takich pisarzy – czy też w ogóle twórców – nie ma. Wręcz przeciwnie, są i nawet cieszą się sporym powodzeniem. Chodzi o proporcje. W obszernym niegdyś, urządzonym z jakimś (dyskusyjnym i to dobrze) smakiem apartamencie dziś króluje… nie znam odpowiedniejszego słowa, więc powtórzę używane: tandeta, a to, co apartament niegdyś zdobiło i wyróżniało wyniosło się do służbówki. 

Wywalczyło sobie niszę. 

Cieszy się, że mu na głowę nie pada.

I jeszcze widzi źdźbło w oku bliźniego… ale to już, być może, inna historia. A może nie?

Krzysztof Sokołowski 

[Dla tego wpisu włączone są komentarze]

PODZIEL SIĘ