Nie mój to cyrk…

…choć wspomnienia dawnych małp są moje. I w gruncie rzeczy to przez te wspomnienia piszę co piszę, choć zapewne nie powinienem.

Rzecz w tym, że nigdy nie grałem w tę grę. Jeśli o strzelanki chodzi, zatrzymałem się na Doomie i ani kroku dalej. To dlatego „Ołowiany świt” nieodparcie kojarzy mi się z „Doomem” Bartkowiaka, naszego człowieka w Hollywood. Zebrał straszne baty ale ja go sobie ściągnąłem i od czasu do czasu oglądam z łezką w oku, bo ten śliczny POV pod koniec naprawdę budzi wzruszenie.

#

Po trosze to, a po trosze dosłownie kilka słów wymienionych z Michałem Gołkowskim sprawiło, że zrewidowałem – nieco – swą pierwszą nerwową reakcję na „kalanie gniazda” i „wycieranie sobie gęby” Strugackimi i Tarkowskim. To nie jest całkiem tak. Oczywiście kusząco łatwo jest wytknąć autorowi, że „zona” Strugackich / Tarkowskiego nie jest miejscem, które się „podbija”, nie jest miejscem, które się szabruje, nie jest nawet miejscem, w którym chce się tylko przeżyć, a w każdym razie nie przede wszystkim. Jak w każdej dobrej fantastyce po klasycznym okresie wypraw kosmicznych, LGM-ów i inwazji aliensów zwalczanych katarami jest lustrem, które stawia się przed człowiekiem, żeby się w nim dobrze przejrzał. A „stalkerzy” to nie przewodnicy / złodzieje / straceńcy, w każdym razie nie przede wszystkim. To ludzie, którym dokucza domagająca się wypełnienia pustka gdzieś tam, w niemodnym „sercu”, niemodnej „duszy”. Bo dopiero w sytuacji ekstremalnej, w reakcji na to, co od niego inne, nieznane, niepojęte, człowiek poznaję prawdę o samym sobie… najczęściej prawdę, której wolałby nie poznać. Stalkerzy, ci prawdziwi, chodzili do „zony” uzbrojeni /?/ zaledwie w muterki na sznurkach. Podświadomie rozumieli, że zastawiane przez nią pułapki to pryszcz w porównaniu z pułapkami, które „człowiek zastawia sam na siebie”. A tych się nie da rozpieprzyć najskuteczniejszym nawet granatem.

#

Z tego punktu widzenia poprzedzenie „Ołowianego świtu” cytatem z Jacka Kaczmarskiego wydaje się czynem samobójczym. „To nam odebrana Zona…” jest przecież jego krzykiem protestu przeciwko zredukowaniu człowieka o najważniejszy z wymiarów, w których istnieje, a przynajmniej powinien istnieć: większe od niego samego wyzwanie.

No dobrze, więc skreślmy z równania Strugackich, Tarkowskiego, Kaczmarskiego. Przyjmijmy, że twórcy gry do której Michał Gołkowski zrobił „nowelizację”, oddali cesarzowi co cesarskie, odbębnili wymagany „lip service” i szybko przeszli do tego, do czego przeszli: rozpierduchy.

Co z tego wynika?

Ano to, „Piknik…” każdy może sobie znaleźć, jeśli chce, „Stalkera” też, choć owszem, wymaga to trochę wysiłku. A w postaci „Ołowianego świtu”, narodził się po prostu literacki odpowiednik filmowego „Dooma”: przyzwoicie zrobione, przyzwoicie napisane czytadło. Żadnych irytujących pytań nie stawia, żadnych niepotrzebnych odpowiedzi nie udziela, niczego nie sugeruje i do niczego nie zmusza, zwłaszcza myślenia. Jest doskonale płaskie, tylko się po nim ślizgać. Autor najwyraźniej w świecie zrobił dokładnie to, co zamierzał zrobić: zabawić. Zgłaszanie do niego pretensji o to, że nie jest głębszy, wyższy, szerszy i co tam jeszcze niż rzeczywiście jest wydaje się mijać z celem. Wielu wymiarów szukaj, czytelniku, gdzie indziej. Za nie szukanie ich w „Ołowianym świcie” póki co nie rozstrzeliwują… i szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie będą. Nie chce mi się jeszcze ginąć.

Krzysztof Sokołowski

 

Zapisz