Bardzo nieudana próba trucia Wędrowyczem. To się zwyczajnie nie da zrobić! I już!

Ten twór Andrzeja Pilipiuka trudno uznać za wcielenie elegancji. Do tego akurat tytułu nie pretenduje on… ze znacznymi sukcesami. Niemniej jeśli którąś z ksiąg jego życia i dziejów czyta ktoś niezagrożony wtórnym analfabetyzmem, bez problemu najpierw zaczyna wyczuwać, a potem nawet „widzi” (oczami wyobraźni?) dystans, jaki ma do niego twórca.

#

Jakub Wędrowycz jest, przynajmniej dla mnie, czymś w rodzaju żartu, kilkupiętrowego ale nietrudnego do rozszyfrowania. W stosunku autora do bohatera widać coś wiecej niż ambiwalencję, mianowicie zderzenie przeciwieństw. Najprostszym z nich jest to, że z jednej strony  Jakub żywi Andrzeja, za co należy mu się szacunek. Z drugiej najwyraźniej w świecie Andrzej już nigdy – lub w przewidywalnej przyszłości, co na jedno wychodzi – nie przestanie się dziwić, że taki Jakub może żywić takiego jego: inteligentnego, obdarzonego prawdziwym Darem Bożym: ponadprzeciętnie dobrym poczuciem humorem (którego ofiarą na moich oczach padł Jacek Inglot, trafił swój na swego), a poza tym normalnego, niestarego, umysłowo i fizycznie zdrowego faceta. W normalnym świecie powinno być odwrotnie: przed wejściem do kościoła na niedzielną mszę Andrzej powinien dyskretnie rzucić Jakubowi dwa złote do uszanki, a po mszy, w gospodzie, odwracać się plecami, gdy barman wywala go za drzwi, pijanego i kurwiącego pod niebiosy (co najwyraźniej fascynuje wydawcę, Fabrykę Słów, bardziej niż czytelników). W najlepszym przypadku, uznając że coś ich kiedyś łączyło, mógłby odegrać przy nim rolę Johna Wayne’a przy Deanie Martinie w „Rio Bravo”. Ale żeby odwrotnie? Świat stanął na głowie!

#

Tę dwuznaczność Jakuba doskonale oddają wspaniałe ilustracje Andrzeja Łaskiego… i tylko jego ilustracje. Jakubowskie cechy menela w jego – Andrzejowołaskiej, nazwijmy to – interpretacji są funkcją nieodłącznej do postaci niesamowitości.

wedrpwycz_6

Wędrowycz nie jest po prostu wsiowym chamem, pijakiem w gumofilcach. Jest nim po coś: po to mianowicie, by móc przekraczać granice rzeczywistości. Jeśli zechcemy się mu przyjrzać naprawdę zrozumiemy, że wygląd i zachowania Wędrowycza są tym, czym dla wampira jest wygląd i są zachowania wampirze: rozwiany czarny płaszcz podbity szkarłatem, syk, szczerzenie zębów. Wampira by bez tego nie było, ale jest przecież w wampirze coś jeszcze… a przynajmniej powinno być. W Wędrowyczu jest wiele wiecej: groteska.

#

Ilustracje Andrzeja Łaskiego oraz zachowania obu Andrzejów stoją w niejakiej sprzeczności z prezentacją Jakuba Wędrowycza przez wydawcę: Fabrykę Słów. Nie mam ochoty jej oceniać, żałuję, że pech mnie z nią zetknął. W każdym razie w obskurnej salce przy stacji metra Świętokrzyska, w której z trudem zmieściło się kilkadziesiąt zachwyconych groupies Jakuba, (obu płci, ale to damskie chichociki witały dowcipy z wygrywajacego numeru karty: 69) powiew świeżego powietrza wniósł wyłącznie niemal kabaretowy występ obu Andrzejów… i wyłącznie dla niego warto było pomęczyć się te półtorej godziny. Dla niego i dla autografów… jeśli komuś naprawdę na nich zależy.

Krzysztof Sokołowski.

PS. Ja też załatwiłem przy okazji prywatny interes: może wreszcie dostanę ten album o Wojsławicach, który mi Andrzej Pilipiuk obiecał jeszcze w Nidzicy. Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz