Mój Boże… łza się w oku kręci, a na usta cisną różne wyrazy. Brzydkie wyrazy i jeszcze kierowane pod własnym adresem, bo nie chcę być aż tak stary! Czy to w ogóle możliwe? Przecież ludzie nie żyją tyle, by móc z własnego doświadczenia pamiętać, kim był 007. Bond, James Bond. Kim był kiedyś, kiedy nie wolno mu było być i już.

Nie tu.

Tu przeciw Bondowi broniły nas fosy, mury, a na murach działa.

#

Do Bonda strzelał stary, dobry i ciągle przeze mnie kochany Nienacki, który najpierw kazał Panu Samochodzikowi pokonać go sromotnie i wyrwać mu trofeum: pamiętnik hitlerowskiego zbrodniarza, nomen omen Haubitza (von), a potem współpracować z nim, ukrytym pod pseudo Święty. Do Bonda strzelał niemniej ukochany przeze mnie redaktor KTT, któremu zawdzięczam wsparcie w chwilach zwątpienia. „Akyremę” i „Wiadomości z tamtego świata” mam stale pod ręką dla przypomnienia, że choćbym nie wiem jak i na co narzekał, żyję w innym świecie niż żyłem, tak bliskim „tamtemu”, jak sobie tego życzę… i nie bliższym. Tę lekturę powinien zaliczyć każdy. Dla śmiechu. Dla nauki.

Moje pokolenie kochało Bonda. Bond był synonimem stereo i koloru wtedy, gdy były one jak system 7.1 i 3D w świecie, w którym za stereo robił Stereo Hit Unitry. Były synonimem radości, swobody i wolności mówienia zakazanych dowcipów, jak ten z „For Your Eyes Only”, gdy generał Gogol [sic!] leci na spotkanie ze swym agentem, poniewierającym właśnie okrutnie naszego bohatera, helikopterem z biało-czerwoną szachownicą na kadłubie i wypisanym wołami „PZL Świdnik”.

Moje pokolenie odbierało Bonda w sposób bliski ideałowi filmowego Bonda a la Roger Moore, lecz zawsze z zachwytem: tu się z komuną nie walczyło, tu się komunę wyśmiewało. Tu komuna padała pod ciosami jednoosobowego oddziału Keystone Kops.

#

Innego Bonda, tego literackiego, z powieści chwalonych przez Chandlera, nie znało moje pokolenie i nie znają go kolejne. Marzenie Roberta Stillera, który przygotowywał pełną edycję powieści i opowiadań Iana Fleminga (w sumie, nomen omen, 13 tomów), nie spełniło się i już nie spełni. Może dlatego to właśnie tu „In Her Majesty Secret Service”, próba poważniejszego potraktowania Fleminga i Bonda, została przez wtajemniczonych skutecznie zdołowana, a legenda o tym, jakoby Lazenby’ego nie chciano zatrudniać po pierwszej próbie ciągle żyje, choć doprawdy powinna już zdechnąć. Przecież dzisiejszy Bond jest taki jak on!

I moje pokolenie – jak i wszystkie poprzednie – nie zaliczyło Bonda do serii fantastyczno naukowej, choć zrobił to encyklopedysta i autorytet Peter Nicholls który, to tak na marginesie, w swoim „The World of Fantastic Films” nie zmieścił „Kwiatów dla Algernona”.

Chcieliśmy, by Bond był bardziej rzeczywisty niż był.

#

Ale… wiek ma też swoje przywileje. Bo w końcu kto tak jak ja może zaświadczyć świadectwem własnych oczu, że to Fleming wygrał, że jakże niewspółcześnie wygrała jakość i umiejętność podjęcia odważnej decyzji we właściwym czasie. Bondowska seria została „zrebootowana” wraz z serią fantastycznych rebootów: „Star Treka”, „Battlestar Galactiki”, nawet „Batmana”. I dała tak rzadkie dziś świadectwo dobrego smaku: w epoce wszechobecnego stereo i koloru spełniła – może niedoskonale, lecz jednak – marzenia tych, dla których wodotryski nie są synonimem jakości: słynny bondowski „teaser” pierwszego zrebootowanego Bonda jest… czarno-biały.

Mam siedemnastoletnią córkę. Moja córka miała swą opinię o przydatności Craiga, jej koledzy i koleżanki też (nazywali go między sobą „Putinem”). Co dowodzi, że Bond mimo wszystko żyje… a póki on żyje i ja czuję się dobrze. Mimo wieku.

Krzysztof Sokołowski.

PODZIEL SIĘ