Firma dziś już martwa za życia zwróciła się do mnie, skromnego, z prośbą o tekst do pewnego planowanego przedsięwzięcia, o którym sam zawiadomi kogo zechce we właściwym czasie. Propozycja wydała mi się na tyle interesująca, że nie zwlekając zabrałem się do roboty… która okazała się trudniejszą niż myślałem. Ale nadal myślę, a że najlepiej myśli mi się pisząc, zapisałem sobie kilka myśli 🙂 No i raptem okazało się, że zaczynam porządkować dotąd nieco przesadnie chaotyczne wnioski z obserwacji tego, co widzę w tzw. „biznesie wydawniczym”.

Poddaje pod osąd publiczny mój pierwszy, surowy szkic.

#

W najśmielszych snach nie spodziewałem się, że za mojego życia życie podda wątpliwości, a potem najzwyczajniej w świecie obali święte, wydawałoby się prawa, rządzące świętym, wydawałoby się powołaniem: zaopatrywaniem w święte, wydawałoby się, książki świętych, wydawałoby się, czytelników.

Jako pierwsze padło święte prawo głoszące, że książka ma obowiązek bycia ”powszechnie dostępną” jak, nie przymierzając, taka oświata na przykład. Och, wychowany za komuny wiedziałem, że bestsellerów na księgarskiej półce nie uświadczysz, że trzeba mieć zaprzyjaźnioną księgarnię, ale to się mieściło w poetyce czasów. Tak samo było z karpiem na Wigilię, cukrem na kartki, szynką spod lady „jak za Gierka”. Za to jeśli już załatwiło się sprawy wstępne z panią księgarką, samo kupno nie nastręczało trudności. Cena nie domagała się uwzględnienia w budżecie. Cena biletu tramwajowego też.

Dzięki czemu zgromadziłem przeszło trzytysięczną bibliotekę, częściowo nawet cenną.

A potem, gdy już znikła cenzura, a na ulicach stanęły rozkładane „szczęki” pełne dóbr wszelakich i niegdyś nawet zakazanych, książka nagle zrobiła się rzeczywiście dostępna. Pierwsze prywatne wydawnictwo – „Amber” – zaproponowało bestsellery, które wcześniej widywałem w londyńskich księgarniach i nawet na Heathrow: MacLeana, Folleta, Ludluma. Bieżące bestsellery. Zapachniało Europą. 

#

Przez ten czas zasadziłem nawet sam siebie w świecie nazywanym, nieco wbrew jego „świętości”, biznesem wydawniczym, zakorzeniłem i nawet wydałem owoce ale nadal wierzyłem w inne święte prawo głoszące, że jeśli wydawnictwo wydaje książkę, to eo ipso jest to książka zasługująca na wydanie. Może mi się nie podobać, mogę mieć nazbyt prosty albo zbyt wyrafinowany gust, ale z pewnością ma w sobie „to coś”, co automatycznie stawia ją wyżej w hierarchii bytów niż książkę niewydaną. Że publikuje się to, co „warte publikacji”.

Z dzisiejszej perspektywy jest mi po prostu wstyd. Sprzeniewierzyłem się własnemu, szerokiemu i głębokiemu wykształceniu humanistycznemu, w którym dużą rolę grała… logika. Powinienem już dawno – i samodzielnie – uświadomić sobie, że takie twierdzenie jest nieudowadnialne. Książek niewydanych nie można ocenić, prawda? Porównać do niewydanych. Ocenić jakość i wydać wyrok.

#

Na szczęście – przynajmniej na razie wydaje mi się, że to szczęście – sytuacja jeśli nie poprawia się, to przynajmniej wyjaśnia. Znów dostępne są książki tanie. I nareszcie, po raz pierwszy w historii, można ocenić, czy książki niewydane rzeczywiście różnią się czymś od wydanych. Czymś poza tym, że niewydane wydawane są bez udziału papieru.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie. Ale potrzeba jeszcze kilku rzutów, by wypowiedzieć to „nie” z pełnym przekonaniem.

W zawodzie tłumacza nie ma emerytury, nie ma limitu „przydatności zawodowej” ze względu na wiek. Sądząc po dobrze mi znanej praktyce może być i tak, że jestem w tej chwili w najlepszych w tym zawodzie latach, albo że są one jeszcze przede mną. Powinienem zagryzać zęby ze zdenerwowania, bo trzęsą się oto święte fundamenty mojej wieży z kości słoniowej… ale jakoś nie zagryzam.

Chyba po prostu lubię żyć w ciekawych czasach.

Krzysztof Sokołowski Zapis

PODZIEL SIĘ