Wiwat, Pani Od Aniołów!

Być może zauważono to już – a jeśli nie, mam dobrą okazję postawić ten fakt przed oczy moich czytelników – że nawet kiedy piszę (a robię to nieczęsto) o pojedynczej książce, to z zasady nie pisuję niczego, co mogłoby kojarzyć się z recenzją. Internet zastąpił mnie w tym zbożny dziele, więc tylko pokpiwam z „recek”, niestety nie tak oszczędnie jak kiedyś. Nie zamierzam – takie to proste – zawracać Wisły kijem. Reckowicza nie nauczę niczego – reckowicz jest niereformowalny ex definitione – a sam tylko się zdenerwuję. I po co mi to, zapytowywuję grzecznie? Jak już się denerwować to na Boga, czymś poważnym!

#

Więc OK, niech sobie „Grillbar Galaktyka” będzie – z łaski reckowiczów – space operą. Skoro szeroka publika się zgadza? Vox populi vox Dei, jedźcie ryż, miliardy Chińczyków (czy ilu ich tam jest) nie mogą się mylić. Szeroka publika i miliardy Chińczyków i tak mnie nie czytają, za co dzięki ci, Panie Boże elitarysty.

Skoro szeroka publika nagradza, gratulacje, Majka! I – przynajmniej jeśli o Zajdle chodzi – tak trzymaj! Różne bywały rekordy, z jednym całkiem dużym chodzisz pod rękę, ale żeby to samo za „Smoka…” i za „Grillbar…” – uuuchhh, duża rzecz! Niespodziewana, ale ex post factum jakaś taka oczywista.

Bowiem, jako „Pani od Aniołów” (Zajdle nie Zajdle, to się chyba nie zmieni) Maja Kossakowska nie bez powodu długo uchodziła za autorkę w każdym sensie tego słowa poważną. Szamanizm, angelologia teoretyczna i stosowana, Ojcowie Kościoła, zamordowane (oraz dożywające swych dni) kultury… no, tego rodzaju klimaty. Człowiek inteligentny, a wiec obdarzony poczuciem humoru, jest w stanie znosić to długo, ale nawet inteligentny człowiek nie będzie tego znosił w nieskończoność. Nadmuchiwany w nieskończoność balon musi przecież kiedyś eksplodować.

Ale żeby tak?

Jeśli ktoś wam powie, że właśnie tego należało oczekiwać, możecie nazwać go łgarzem. Na moją odpowiedzialność.

#

Nikt nie mógł się spodziewać, że – po pierwsze – stosując inne niż zazwyczaj stosowane, mniej awanturniczo-płaszczoszpadowe z natury, środki wybuchowe, Maja po prostu rozsadzi granice fantastyki. Pójdzie na całość. „Grillbar Galaktyka” wydaje mi się dziś bardziej niż kiedykolwiek po prostu wielkim, zręcznym, wielopiętrowym dowcipem z użytkowym poddaszem dla wtajemniczonych… i niczym więcej. Ale i niczym mniej, a to już, proszę mi wierzyć, bardzo dużo… także w sensie godnej podziwu rzemieślniczej sprawności.

Po drugie: ci, którzy najpierw kłócili się (i dalej kłócą) o to, czy „PLO” to jeszcze fantastyka naukowa, czy już fantasy, przypasowali „Grillbar…” do „space opery” i szlus. „Recka” w całym swym majestacie. Panie i Panowie reckowicze, przecież to nie jest aż tak skomplikowane. Panie i Panowie reckowicze, toż to tylko scenografia. Panie i panowie reckowicze, weźcie przykład z autorki, nie nadymajcie się! Bo pękniecie, a po tym zostają brzydkie zapachy.

Panie i Panowie (już nie tylko reckowicze, po prostu czytelnicy), oto moja propozycja: przypomnijcie sobie wczesne, klasyczne powieści Joanny Chmielewskiej. „Całe zdanie nieboszczyka” choćby i wygrzebywanie się z szydełkiem z lochów zamku nad Loarą, „Wszystko czerwone” i mówiącego po polsku pana Muldgaarda. I wielokrotnie opisywany dom Alicji, doskonale pasujący do scenerii chaotycznej kuchni w knajpie.

To samo szaleństwo, ta sama jazda z gazem do dechy. Tylko zamiast galaktyki – wyścigi konne.

#

Po trzecie: nawet cel uboczny jest podobny. Joanna Chmielewska wykorzystała konwencję sf by podkpiwać sobie z komunistycznej rzeczywistości („Lądowanie w Garwolinie”), Maja Kossakowska – idąc tą ścieżką ręka w rękę z mężem – podkpiwa z Unii Europejskiej. A że, w odróżnieniu od Chmielewskiej, doskonale wie, do kogo pisze, może pomieścić jeszcze dodatkowe smaczki. Łącznie z tym, o który mam do niej pretensje: cokolwiek ktokolwiek zechce powiedzieć o „Tratwie ‘Meduzy’” Gericault, mnie ona skłania nie do śmiechu, no ale muszę przecież uznać prawa licentia poetica. Poza tym, kto to zauważy w nawale „Gwiezdnych Wojen”, „Obcych”, Lovecraftów i innych oczywistości, występujących w „Grillbarze…” jako „cliche”, czym rzeczywiście są?

Po czwarte: a jednak „Grillbar Galaktyka” – żart, może przede wszystkim gatunkowy, a naprawdę i dalece odjechany – dostał w końcu główną nagrodę fantastyczną Zajdla. Przy założeniu, że jest space-operą, w pełni na ten wyrok Voxu Populi zasłużył. Nie mogę nie przyklasnąć. Ja też bardzo go lubię, Voxie, tylko może nieco inaczej niż ty i z innych – bardziej wyrafinowanych, rzekłbym – powodów.

Po piąte: mam nieodparte wrażenie, że Zajdlowi bardzo by się to podobało, w końcu nie od razu „Limes Inferior” napisano, a kierunek i zwrot nie powiem, właściwe. Tylko wróg inny, jakby taki jeszcze nie całkiem poważny. Maja Kossakowska może sobie (jeszcze) pozwolić na niezbyt złośliwie kpinki z Dobrej Cioci Unii. Może je rozpuszczać w kosmicznym oceanie żartów jak najbardziej wewnątrzśrodowiskowych (choćby przywołując autora, który złamał pióro nim nastała „bieżąca generacja). Przecież Unia ciągle jest tą Dobrą – i nieźle grająca przygłupkę – Ciocią. Nie Wielkim – i wcale niegłupim – Bratem.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze. I wtedy taka wprawka, taka jakże udana próba wyostrzenia pióra będzie jak znalazł.

#

Po szóste i ostatnie: może nawet okaże się, że za XX lat to powieści fantastyczne… ba, nie tylko, także space opery!… będą zamaskowanym świadectwem postkomunistycznych, protounijnych głupot współczesności. Mamy przecież wzory do wykorzystania i nawet nazywamy nimi nagrody! „Grillbar…” nie, jeszcze nie ale, by na zakończenie zgrabnie wrócić do przykładu z początku, „Najstarsza prawnuczka” też musiała dojrzeć, nim spadła na księgarskie półki.

Krzysztof Sokołowski.

Zapisz