Prawdziwa sztuka wyceny towaru polega na znalezieniu złotego środka, tak by klienci kupowali go jak najchętniej i w jak największej ilości, a sprzedający zarobił ile się da. Innymi słowy, musi być „ruch w interesie”.

Wiedział o tym dwa stulecia wstecz niejaki Wokulski, gdy pani Izabeli, oburzonej czymś, co uważała za niewczesną manifestacji uczuć, tłumaczył spokojnie, że oddaje jej naszyjnik po kosztach bo handel nie polega na tym, żeby sprzedać najdrożej, lecz na „stałym obrocie gotówką”. Nawiasem, „Lalka” to powieść więcej niż marginalnie fantastyczna.

Jest to prawda z gatunku ogólnych, a więc dotyczy nie tylko naszyjników, lecz także, powiedzmy, książek. Po wizycie w Empiku w Galerii Mokotów (odbierałem tam kupionego przez Internet, brakującego mi do kolekcji „Tomka w grobowcach faraonów” postSzklarskiego, czyli klasykę dla koneserów) nie mam już wątpliwości, że z książką papierową sprawa wygląda beznadziejnie. Na obu piętrach królują zawalone tomiszczami kosze zwieńczone napisem „trzy w cenie dwóch”: fantastykę reklamuje się… cenami wyprzedażowymi. Swoje ukochane dziecko, drugiego Hoddera, zlokalizowałem samodzielnie po kwadransie i na kolanach. Nie, to nie był dowód szacunku dla dobrej roboty, po prostu z alfabetu przypadła mu półka na poziomie podłogi. Wśród krzykliwej chińszczyzny trzeba wprawdzie chodzić „na Tezeusza” – odwijając nić ze szpulki – ale przy okazji, przypadkiem, można też odkryć wstydliwy artefakt niespełnionych marzeń: trzykrotnie przeceniony czytnik ebooków.

Ktoś za późno zorientował się, że gadżet bez treści to grat bez sensu. Obudził się z ręką w nocniku.

#

Póki wydawnictwa książkowe będą z uporem handlować książką elektroniczną jak papierową, kalkulując cenę ebooka jak „papieru”, póty nie będzie tej „treści”, a Empiki wszystkich płci będą pluć im w twarz bezkarnie, z bezczelnym uśmiechem, po chińsku. Kiedy zaczną kalkulować cenę ebooka tak, by klientom chciało się go kupić, to może nawet wyjdą na swoje? Inni jakoś wychodzą, choć Empiki anglosaskie: amerykańskie i brytyjskie, pobankrutowały wśród szlochów nad „końcem tradycji”. Szlochy jak to szlochy, szybko umilkły, bankructwa zostały, a sąd wyjątkowo zaprotestowały przeciw bezczelnemu kantowaniu „end usera”.

Koszty ebooka… tak, owszem, firma musi z czegoś żyć. Ale jeśli zacznie wliczać w koszta pozycje tradycyjnie „papierowe”, a nijak się mające do ebooka, który autorzy niezależni („indies”) potrafią wyprodukować, zareklamować i sprzedać sami, póty cena na ebooka pozostanie zaporowa. „Musimy z czegoś żyć” to nie „stoliku nakryj się” – zaklęcie, które i tak działało z oporami. Stoliczek sam nakrywa się „gwarantowanym bestsellerem”, ale z samych „gwarantowanych bestsellerów” w rodzaju PLO4 żadne wydawnictwo nie pożyje długo. Zresztą wycenione ponad „barierę psychologiczną” takie bestsellery natychmiast trafią do „piratów”, a walka z nimi swoje kosztuje, zwłaszcza beznadziejna. Nie mam iPada… i co? Czy to znaczy, że nie mam całego Grzędowicza na elektronicznie? Wolne żarty.

Krzysztof Sokołowski

PODZIEL SIĘ